Wszedłem do pociągu, zaraz po pożegnaniach rodziców. Od zawsze ciekawiło mnie, jak to jest w Hogwarcie. Przechodziłem korytarzem i po długich poszukiwaniach, niestety nie odnalazłem pustego przedziału. Przeszedłem do tego, gdzie były trzy osoby, w tym dwie dziewczyny pogrążone w rozmowie.
-Mogę się dosiąść? -Zapytałem opierając się o framugę wejścia do przedziału.
-Jasne. Siadaj obok. -Odparła czerwonowłosa, a ja usiadłem we wskazane miejsce - Jak się nazywasz? Ja jestem Rita Carmen. -Powiedziała - To jest Aisha, a ten tam to Sylvester.
-Miło mi, jestem Verfrasso. -Uśmiechnąłem się a w moich fioletowych oczach błysnęło.
-A w ogóle jakie macie nazwiska? Tak z czystej ciekawości. -Odparła Aisha - Ja jestem Delacour.
-Snape. -Powiedział Sylvester.
-Bloody. -Odparła czerwonowłosa szczerząc zęby.
-Lovegood. -Oznajmiłem rozbawionym głosem a tamci jęknęli zgodnie, roześmiałem się -Nie wszyscy Lovegood'owie są porąbani. Nie martwcie się. -Stwierdziłem i uśmiechnąłem się na widok zgorszonej miny chłopaka obok.
-Chyba nie masz zamiaru wciskać mi kitów? -Odparła praktycznie w tym samym momencie Rita i Aisha, po czym popatrzyły się na siebie ze złością. Parsknąłem i odparłem rozmarzonym tonem, który potrafił każdy Lovegood.
-A wiedzieliście, że Pełzaczek Przyziemny to bardzo częsty okaz... -Reszta mojej wypowiedzi została zagłuszona zgodnym jęknięciem ze strony dziewczyn i ponurego spojrzenia od Sylvestra. Roześmiałem się i wyszczerzyłem w uśmiechu. Resztę podróży rozmawialiśmy i od czasu do czasu opowiadałem o Wiem-Że-Nie-Istniejących-Zwierzątkach-Typu-Pełzaczek-Ognistoczerwony. Miałem niezły ubaw.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz