piątek, 19 lutego 2016

Verfrasso i jego podróż do nieśmiertelności. cz.2 [P05]

Po nieprzespanej, z powodu szukania informacji o Aniołach, nocy Verfrasso wstał około godziny czternastej. Ubrał się i jak zwykle wyszedł ze swojej sypialni. Wszedł witając się z lokajem i przecierając oczy usiadł na swoim zwykłym miejscu w fotelu w salonie. Wyciągnął notatnik i zapisał w nim potrzebne dla siebie informacje.

1. Pamiętam miejsce gdzie spadłem z Klifu Śmierci. To było w Kanadzie. (Nie wiem dlaczego tam był Dumbledore, ale to już szczegół).
2. Muszę pozbierać kawałki mojej dawnej broni, jak wiem, nadal tam leżą, czuję to. 
3. Skrzydła mogę dostać tylko wtedy, kiedy zobaczę Tyraeal i Leanivie... Przynajmniej tak czytałem. 
4. Dowiedziałem się, że aktualnym Aniołem Życia jest jakiś Illorfen. Nie ważne, mam go poznać po czarnych i podniszczonych skrzydłach. Ciekawe. 

SPOTAKNIE 24:00 W TAMTYM MIEJSCU. 

-Jeremy! -Zawołałem do lokaja cierpliwie czekając, aż się zjawi. Po chwili pojawił się - Posłuchaj mnie teraz uważnie. -Westchnąłem i skierowałem wzrok na notatnik leżący na stole - Nie będzie mnie już w tym domu. Oddaję ci go. Wyjeżdżam i raczej tutaj nie wrócę. - Tu spojrzałem na zszokowanego lokaja i uśmiechnąłem się - Usunąłem wszystkie osobiste rzeczy i dom jest do twojej, jak i twojej rodziny, dyspozycji... Raczej nie będzie mi już potrzebny. - Odparłem spokojnie i podszedłem do kominka patrząc się w ogień. Po chwili lokaj rzucił się na mnie i przytulił mnie. Zdrętwiały poklepałem go po plecach - Nie rozmarz mi się tu. -Powiedziałem rozbawiony - Traktowałem cię jak brata przez długi czas wiem, ale nie klej mi się do nowego płaszcza proszę... - Westchnąłem i przytuliłem go zaraz potem, był ode mnie o całą głowę niższy.
-Będę tęsknić. -Odparł uśmiechając się.
-Za czym? Za nieznośnym panem, który wzywał cię, bo tak? Albo po to, aby ci zawrócić głowę? Nie masz za czym, Jeremy. Na prawdę. Ja już nie mam zamiaru wrócić. -Stwierdziłem i skinąłem mu na pożegnanie. Po chwili pojawiłem się w Kanadzie. Westchnąłem i ruszyłem ulicami miasta, aby odszukać wielki krater, który sam kiedyś spowodowałem. Szedłem tak rozglądając się po kolorowych wystawach i bogato zdobionych domach w centrum miasta, w którym się znajdowałem. Jak zawsze wpadłem w oko wielu kobietą i padłem ofiarą zazdrosnych spojrzeń mężczyzn. Westchnąłem i ruszyłem przed siebie nie patrząc na boki. Irytowały mnie ciekawskie spojrzenia, ale nie okazywałem tego. Skręciłem w alejkę pozwalającą wyjść z miasta i po godzinie wędrówki dotarłem do krateru. Skoczyłem w dół rzucając zaklęcie niwelujące upadek. Ten miał ze sto metrów wysokości a szeroki był jak na oko na dwadzieścia. Na podłożu emanowała blaskiem dziwna esencja, która po zbadaniu okazywała się esencją Aniołów. Odnalazłem części broni i złożyłem ją za pomocą reparo. Jednak wiedziałem, że będzie potrzebna do tego wyczuwalna Anielska Aura z tego, kto ją posiadał.

Po trzech godzinach zapadł zmrok a zaraz po tym, równo o dwudziestej czwartej zjawił się wyznaczony wcześniej Anioł. Był to zwykły Anielski Wojownik.
-Witaj Verfrasso. Dawno nikt z nas cię nie widział, myśleliśmy żeś umarł.
-Witam, Aniele. Nie znane mi twe imię, ale wiedz jednak, że żyję i mam się dobrze jak możesz zobaczyć. - Uśmiechnąłem się - A jak z portalem?
-Za chwilę powinien się aktywować. - Odparł - A, że wolno mi zapytać. Odnalazłeś swoją broń Nightmare Bite?
-Tak, leżała w szczątkach w kraterze, domyślam się, że będzie potrzebowała udowodnienia, że to ja. Powoli wspomnienia mi wracają i myślę, że przebywanie w Świętym Świecie przywróci mi skrzydła.
-Również tak uważam. - Zawahał się co było widoczne w jego ruchach - A... Czy pamiętasz o swojej zdolności?
-O czym mowa? -Odparłem szczerze zdziwiony.
-Twoje oczy. -Tutaj spojrzał na mnie niepewnie - Kiedyś potrafiłeś kontrolować wolną wolę człowieczą jak i Anielską oraz Demoniczną.
-Hm, szczerze odpowiem ci, ale nie pamiętam tego. Może kiedy wejdę do Złotej Sprawiedliwości przypomnę to sobie.
-Rozumiem. Portal już się aktywował, szybko zanim nas ktoś zobaczy. -Powiedział i wraz z nim weszliśmy do portalu. Poczułem się dość dziwnie, jakby coś wymagało się wypuszczenia po latach. Nagle z moich pleców wyrosły czarne, podniszczone skrzydła, z których spadały pióra. Moje oczy zabłysnęły starym światłem i krzyże zmieniły się na czarne. Moje ubranie zmieniło się w czarny płaszcz z kapturem nasuniętym na głowę, ale tak, aby widać było twarz. Moja broń - dotychczas zwykły czarny kijek zmienił się w potężną kosę. Dodatkowo zostały ukryte w rękawicach dwa, koso podobne sztylety. Fiolet w moich oczach zabłysnął i zmienił się w turkus, dodatkowo ze mnie zaczęła wydobywać się potężna aura również w kolorze turkusu. Skóra stała się biała i wyróżniała się na tle czarnych ubrań. Czarne trapery, które dotychczas nosiłem zmieniły się w czarne męskie kozaki. Na moich dłoniach, plecach, ramionach i piersi pojawiły się przeróżne tatuaże. We brwi, wargach typu snake bites i monroe oraz w jednym uchu trzy pojawiły się kolczyki. Pojawiły się czarne sygnety z onyksem i napis : L O S T    S O U L na palcach. Mój głos zmienił się na taki, jakby mówiło tysiąc dusz. Widziałem również dziwną czarną aurę na wszystkim, oraz mogłem zobaczyć dusze umarłych chodzące po niebie. Wzdrygnąłem się, ale po chwili przyzwyczaiłem się i popatrzyłem na efekty zmian. Anioł Wojownik, również zdziwił się i nawet tego nie ukrywał. Ruszyłem zostawiając go z tyłu, po chwili ocknął się na dźwięk kroków roznoszących się po srebrnej posadce. Moje wspomnienia wróciły i doskonale wszystko pamiętałem.  -Maelchar... - Pomyślałem - To on mnie próbował zabić.
Stanąłem w miejscu czekając aż ten wyjdzie przede mnie. Zaczął mnie prowadzić do Złotej Sprawiedliwości, gdzie czekali wszyscy ocalali. Pchnął złote drzwi ukryte dość dobrze w Wielkim Moście i przepuścił mnie. Po chwili wszedłem do środka. Stanąłem rozglądając się po twarzach wybitnie zdziwionych Aniołów.
-Mogliście lepiej ukryć te drzwi. To by było za łatwe. -Powiedziałem a mój głos rozniósł się echem po ścianach. Po chwili podeszli do mnie moi rodzice.
-Nie mogę w to uwierzyć. Verfrasso! Nie widzieliśmy cię ponad czternaście lat!
-No może dlatego, matko, że pewien parszywiec zepchnął mnie z Klifu Śmierci i myślał, że mnie zabije, ale jak widać nie udało mu się to. -Odparłem rozbawiony.
-Jak zawsze ironiczny i arogancki, takim cię zapamiętałam.
-Ha Ha Ha Ha Ha Ha. -Mruknąłem - A jaki mam być? Potulny jak owieczka? A może miękki i łagodny jak baranek, hę? -Powiedziałem i roześmiałem się przytulając dwójkę rodziców.
-Raczej czarny baranek. -Wciął się Tyrael uśmiechając się.
-Dobrze powiedziane, ale nie po to tu jestem. Idę zabić tego bydlaka i jak chcecie to chodźcie ze mną. -Powiedziałem dość głośno - Jak pamiętam wasza ostatnia motywacja i jedyna nadzieja uciekła jak zwykły tchórz! Zaraz potem zginęła a wy raczej nie chcielibyście podzielić jej losu! Do broni! -Zawołałem i wyleciałem w powietrze.


Verfrasso i jego podróż do nieśmiertelności cz.1 [P04]

   Wszedłem do domu i nawet nie witając się z lokajem ani z gośćmi popędziłem do biblioteki po drodze zmieniając kolor płaszcza na biały i zrzucając maskę oraz ubranie śmierciożercy. Płaszcz powiewał za mną i wbiegłem do biblioteki szukając jednego tomu. Pamiętałem, że dostałem go od ojca, który według wszystkich nie żył. Zacząłem szperać w półkach wyrzucając na podłogę inne tomy, aż wreszcie dostrzegłem białą książkę z dziwną bladoniebieską aurą i złotymi ozdobieniami. To musi być to. Sięgnąłem po nią i zamykając oczy położyłem dłoń na okładce. Po chwili otworzyłem je i poczułem jak dziwna moc wymyka się z książki. Wyczuła prawdziwego właściciela. To była ta książka, na którą skarżył się lokaj. Nie mógł jej nawet dotknąć i zakopał ją w bibliotece innymi tomiskami. Otworzyłem na stronie tytułowej i złotymi literami zostało napisane:

,,Dla Verfrasso, prawdziwego Anioła Śmierci. Od ojca Tyraela, Anioła Sprawiedliwości i matki Leneavi, Anioła Miłości" 

Pogładziłem złote litery i nagle przypomniałem sobie jedną rzecz. Przecież ja mieszkałem w Srebrnym Gmachu Sprawiedliwości Aniołów...

Nagle blady niebieski kolor zaciemnił mi wzrok i zmienił się w pierwsze wspomnienie. 
Ja sam w wieku około dziesięciu lat siedzący z księgą na kolanach. Po chwili podlatuje do mnie jakiś Anioł i rozmawia ze mną. Po chwili ten Anioł niespodziewanie mnie atakuje i knebluje po czym zabiera gdzieś ze sobą. Przemieściłem się w wspomnieniu i zobaczyłem go jak stoi na Anielskim Klifie, którym zwykle Anioły powracały do Srebrnego Gmachu Sprawiedliwości. Trzyma mnie za szyje jedną ręką a drugą szarpie za skrzydło. Moja twarz skrzywiła się z bólu, ale nie wydałem żadnego odgłosu. Po chwili dwójka Aniołów wlatuje na Klif i jeden z nich siłuje się z Aniołem. Ten obrywa dość boleśnie moje ostatnie skrzydło, co ugasza fioletowy blask w moich oczach i niweluje blask krzyży. Nadal unikając ataków Anioła wyrzuca mnie na ziemię przez Klif. Spadam, Spadam, Spadam... Powoli mój wygląd się zmienia i ląduję na ziemi w kraterze w podobnym kształcie co krzyż. Dookoła mnie jest krew Aniołów z moich własnych ran. Zauważam, że zemdlałem. Szczątki mojej broni leżą dookoła na ziemi. Po chwili przychodzi Albus Dumbledore. Wygląda na bardzo zdziwionego, ale zabiera mnie ze sobą po czym oddaje do sierocińca. Mówi coś do jednej z kobiet...

Poczułem ukłucie w sercu... Dlaczego mi o tym nie powiedział? I kim był ten zdrajca Aniołów? Przerzuciłem stronę i zobaczyłem pustą kartkę. Po długim namyśle biorę pióro i zapisuje.

Jestem Verfrasso. Udało mi się przeżyć. 

Złote litery nagle pojawiają się:
Verfrasso? 

Tak, to ja. Mogę znać, z kim piszę?

A więc jednak domyśliłeś się. Jestem Tyrael. Przeczytałeś pewnie napis na stronie tytułowej?

Ojcze?... Nie rozumiem jednej rzeczy.

Śmiało, Verfrasso.

Kim był ten Anioł?... Z mojego wspomnienia?

Nie szukaj zemsty, błagam cię Verfrasso. Lepiej zostań tam, gdzie jesteś. To niebezpieczne czasy dla Niebios.

Nie rozumiem... Co się stało? 

Opowiem ci, ale obiecaj mi, że tutaj nie przybędziesz. Nie chcę stracić mego syna....

Nie mogę nic obiecać, Ojcze. Ale obiecuję, że nie dam się zabić.

Dobrze, mam chociaż nadzieję, że nie stanie się nic, co by cię zabiło, ani zniszczyło. U nas w Srebrnej Iglicy i na Złotej Sprawiedliwości odegrały się starcia pomiędzy Aniołami. Ten zdrajca, który jest teraz Aniołem Śmierci, którym z natury oczywiście jesteś ty, Verfrasso. Kieruje całymi Niebiosami po przegranej bitwie. Wygrał i stał się Naczelnym Aniołem przez co ma kontrole na całej Igilicy jak i Gmachu. Złota Sprawiedliwość to ruch oporu przeciwko jego rządom. Chcemy obalić go i każdy ostrzy swoje bronie, aby zabić tego zdrajce... Nie możemy się poddać i niestety, tutaj potrzebny jesteś ty, Verfrasso. Potrzebujemy nowego władcy, który jest prawowitym Aniołem Śmierci. Potrzebujemy nowej motywacji, gdyż ta stara uciekła wraz z twoim odejściem... 

Potrzebuję pomocy, nie mam zielonego pojęcia jak się do was dostać. Jak pamiętam ten parszywiec wyrwał mi skrzydła... A to ciekawe, że ci tutaj usprawiedliwili to jako upadek z drzewa! Śmieszne, do prawdy... 

Wyślemy do ciebie jednego z mojego wojska. Zabierze cię portalem do Świata Świętości.

Nie mogę się doczekać, Ojcze. Wierzę, że wiecie, gdzie mnie znaleźć? 

Ależ oczywiście, Synu. Jesteś w Monako przy kamiennej plaży w dużej willi. 

A kiedy mogę się go spodziewać?

Jutro w nocy. Ufam, że dasz sobie radę, ale pamiętaj, że to jest wojna...

U nas też jest wojna, Ojcze. Na śmierć i życie. Chociaż Lord Voldemort już odszedł z tego świata, wiem, że powróci. On nigdy nie był na tyle słaby a ja byłem na tyle głupi, aby mu uwierzyć. Nigdy nie popełnię tego samego błędu. Nigdy.

Wierzę ci. Przekaże Leanivii, twojej matce.

Dziękuję, Ojcze. 

Do zobaczenia, Synu.

Do zobaczenia. Ufam, żeście w dobrej kondycji i zdrowiu.

Westchnąłem i przetarłem oczy. Męczące rozdziały zostały otwarte i jak najszybciej muszę się dowiedzieć więcej o Aniołach i o tym jak przywrócić Anielską Moc.
-To będzie długa noc. -Mruknąłem.

   

Verfrasso. Kto to jest? I Kim jest? [P03]

   Z daleka słyszałem ciche szepty i czułem okropny ból w boku. Próbowałem się przewrócić na drugi bok aby nie patrzeć w ścianę, ale jak się okazało nie miałem na to siły.
-Co się mu stało? -Usłyszałem nieznany mi głos.
-Nie wiem, znalazłem go w jego sypialni, zdążył wysłać Patronusa. -Kolejny głos, tym razem mojego lokaja - Jak sądzisz, co mu jest?
-Sądzę, że to krew Aniołów. - Widziałem jak zza mgły jego zaskoczoną twarz - Wiem, że to niemożliwe, gdyż każdy Anioł jest wybierany przez Sąd Niebios. Jak widzę to jest krew Anioła Życia. Ale jak wiadomo, jest już jeden i nie zmienia się go do jego śmierci. - Odparł.
-Nie rozumiem. - Zszokowany głos i lekkie odrętwienie na jego twarzy odznaczały się na tym potulnym zwykle chłopaku.
-Ja też nie, Jeremy. Ja też nie. - Westchnięcie i postanowiłem wkroczyć.
Cicho syknąłem z bólu udając, że nic nie słyszałem i usiadłem na czymś, na czym leżałem. Złapałem się odruchowo za głowę.
-Co się tu stało?... - Odparłem próbując utrzymać ton na moim zwykłym - I gdzie jestem? -Omiotłem spojrzeniem salę i dopiero teraz zauważyłem, że jestem w Świętym Mungo. Szlag! 
-Spokojnie, ma pan uszkodzone lewe ramię. Proszę pozwo... -
-Nie. -Odparłem spokojnie, a ten popatrzył się na mnie zdziwiony - Nie ma takiej potrzeby, jak dotąd sam leczyłem swoje rany i zawsze dawałem sobie radę. - Stwierdziłem patrząc mu prosto w oczy i zeskoczyłem z łoża szpitalnego. Następnie ignorując spojrzenia na mnie odwróciłem się z szelestem szat znikając z świstem powietrza. Pojawiłem się w mojej rezydencji i skierowałem się do swojej sypialni. Nie potrzebowałem litości, jedynie spokoju. Zrzuciłem z siebie pokryty szkarłatem biały płaszcz i rzuciłem się na łóżko. Jak zwykle prawie utonąłem w pościeli, która była okropnie miękka. Westchnąłem zrezygnowany i przewróciłem się na lewy bok w kierunku ściany.

Światło księżyca odznaczało się na jego bladej skórze. Fioletowe oczy błyszczały tajemniczo i widoczny był w nich lekki zarys krzyży. Ładny trochę długi nos i smukłe policzki oraz wyraziste kości policzkowe sprawiały wrażenie idealnie zadbanych, co nie było prawdą. Verfrasso nie robił nic w tym kierunku i tak już wyglądał. Jego krótkie czarne włosy z zaczesaną grzywką zmierzchwiły się trochę kiedy obrócił się w pościeli. Był bardzo wysoki i chudy, jego tajemnicza i smukła sylwetka oraz płynność i elegancja ruchów sprawiały, że nie mógł się odgonić od grupek dziewczyn. Zwykle szlam i odmieńców, które go w ogóle nie interesowały. A przynajmniej musiało tak być ze względu na Lorda. Miał dwadzieścia dwa lata i od lat Hogwartu zaprzyjaźnił się z Severusem Snapem, Lucjuszem Malfoyem, Rokwoodem oraz Averym. Ta trójka oprócz Snape'a przeciągnęła go na stronę ciemności. Pod licznymi listami i obelgami z ich strony po całych dwóch latach od opuszczenia Hogwartu zgodził się. A teraz jeszcze Severus... Wiedział, że musi porozmawiać z Sylvestrem na ten temat i spróbować się jakoś dogadać. Niestety to będzie trudne, gdyż ten wiele razy próbował zmieniać jego wybory i decyzje aż w końcu doszło do bójki, z której Verfrasso musiał się wycofać. Przez sen szarpnął lekko dłonią, co odsłoniło wyróżniający się w bieli Mroczny Znak. Tak, niestety, ale to również ma bardzo długą i mroczną historię. Aktualnie trwała wojna i prawie codziennie wzywani byli do Malfoy Manor, aby uknuć nowy plan albo rozwalić nowe mugolskie miasta. Chcieli siać śmierć i zastraszać ich, aby Biała strona próbowała im pomóc. Takie pułapki były baaardzo często używane wśród śmierciożerców. Przewrócił się na prawą stronę i widać było jego spokojną twarz. Mimo wszystko pod nią działa się prawdziwa wojna myśli i tego, co powinien a czego nie powinien robić. Wszystko ma swoją przeszłość, czyż nie?

Sapnął zirytowany i przewrócił się na bok. Był ranek i słońce świeciło mu prosto w oczy. Mruknął z niesmakiem i wyszedł z łóżka ubierając płaszcz. Nie czekając aż lokaj zjawi się ze śniadaniem zostawił krótką notkę wyjaśniającą jego nieobecność i deportował się.

Po chwili stał na kamiennym gruncie rozglądając się dookoła. Wyszeptał zaklęcie i ruszył za swoim Patronusem, który prowadził go do Domu Snape'a. Ruszył szybkim krokiem nie odwracając się gdy usłyszał jakiś szelest. Naciągnął na twarz kaptur i schował się w cieniu nakrycia głowy. Wędrował tak jeszcze chwilę kiedy wyczuł zaklęcia antydeportacyjne. Uśmiechnął się pod nosem i przeszedł przez nie wyciągając różdżkę. Wiedział, że Sylvester uwielbia mieć wszelakiego rodzaju ochronę. Westchnął kiedy usłyszał zwykły mugolski alarm przeciw włamaniowy. Miał ochotę wybuchnąć śmiechem i się już nie kontrolować, ale nie było na to czasu. Wspiął się po wysuniętych cegłach domu i wszedł przez okno do pokoju, który za pewne był salonem. Zobaczył postać siedzącą w fotelu, która nagle zerwała się z różdżką w pogotowiu. Pokręcił głową i odebrał mu różdżkę jednym celnym zaklęciem.
-Wypadasz z formy Sylvestrze. -Odparł spokojnie bawiąc się jego różdżką pomiędzy palcami. Ściągnął kaptur i uśmiechnął się kontynuując zabawę - Jednak jestem w innej sprawie.
-Słuchaj ty! Najpierw włamujesz się do mnie a potem chcesz jeszcze coś ode mnie?! Verfrasso! Nie do wiary! Zawsze taki kulturalny... -Mruknął.
-Nie wyolbrzymiaj. - Parsknął - Nie nazwał bym tego domem, ale jak chcesz. - Westchnął i spojrzał prosto w czarne oczy ciskające błyskawice i podesłał mu jedno wspomnienie. Te zamgliły się i widział w nich odbicie wspomnienia, które wybrał.

On sam podchodzi do zakapturzonej postaci i wyczuwa dziwną aurę. Odsłania mu kaptur i przez chwilę nie ukrywa szoku z widoku Severusa. Po chwili według rozkazu Czarnego Pana został zmuszony spaczyć Czarną Magią jego duszę i różdżkę. Oczy Snape'a zmieniają się na całkowicie czarne i puste. Część duszy została oddana w ofierze Czarnej Magii. Po chwili staję na swoim miejscu i Lord dokańcza rytuał. Po chwili podchodzi do mnie i przegląda moje wspomnienia. Zaraz potem każe Snape'owi testować swoje zaklęcia na nim. Skrzywił się w duchu, ale posłusznie wyszedł na środek upuszczając różdżkę, aby nie móc się bronić przez refleks. Po chwili obrywa salwą zaklęć, ale nadal nie okazuje emocji. Zmusił się do używania oklumencji, aby blokować ból.

Po chwili wypchnąłem go z wspomnienia i popatrzyłem na niego groźnie.
-Co... Nie... Nie możliwe. -Powiedział szczerze nie dowierzając.
-Jak widzisz jest możliwe. A teraz gadaj, dlaczego do cholery ciężkiej nie próbowałeś go zatrzymać?! Myślałem, że ci na nim zależy, skoro jesteś jego bratem. -Odparłem i rzuciłem mu różdżkę wyskakując przez okno, po to, by wypaść z okna z gracją lądując na ziemi. Szybkim krokiem pokonał odległość dzielącą go od punktu aportacyjnego i zniknął ze świstem powietrza.

Kolejne dwa lata później. 

Siedziałem na swoim zwykłym miejscu po lewej stronie Czarnego Pana. Przybyłem jako jeden z pierwszych i po wysłuchaniu Lorda usiadłem na zwykłym miejscu. Po chwili zjawił się Severus i uklęknął przed nim.
-Wstań Severusie i zajmij swoje miejsce. -Odparł zimnym sykiem a tamten bez słowa spełnił polecenie. Po dłuższym czasie zjawiła się reszta śmierciożerców, a Czarny Pan zapytał Snape'a.
-Severusie, czy zdobyłeś jakieś nowe informacje od starego Dumbledore? - To nazwisko wymówił z taką pogardą, jakby był on czymś obrzydliwym i nieznośnym.
-Tak, Panie. Została ogłoszona przepowiednia, że chłopiec urodzony pod koniec lipca przyniesie śmierć Czarnemu Panu. Oczywiście ja w to nie wierzę i wierzę w potęgę mego Pana. -Odparł.
-Chłopiec urodzony pod koniec lipca... Hmm... - Zaczął chodzić dookoła pokoju przechodząc za śmierciożercami, którzy oglądali się nerwowo - Lily Potter miała urodzić pod koniec lipca... -Odwrócił się w stronę Severusa, którego zamurowało - Czyż nie, Severusie?
-Tak, Panie. -Odpowiedział a w jego głosie wyczułem złość, żal, smutek i ból. Czy on coś do niej czuł? Odwróciłem na niego wzrok i zauważyłem w jego oczach dziwne uczucie, które chwilę później zmieniło się w obojętną maskę. Nagle Czarny Pan odezwał się do mnie:
-A co do ciebie, Verfrasso. Ostatnio wyczuwam dziwną aurę wokół ciebie. -Tu podszedł do mnie i podniósł mój podbródek, abym na niego patrzył - Czy wiesz, co to jest?
-Tak, Panie. Ostatnio mój lokaj wraz z kimś jeszcze uznali, że... Że to może oznaczać, że jestem aniołem. -Odparłem patrząc nadal w jego oczy. Czarny Pan westchnął i puścił mój podbródek.
-Co, niestety, oznacza, że jesteś dobrą i czystą postacią. - Podszedł do kominka stojąc tyłem - Co również wyrzuca cię z grona śmierciożerców, Verfrasso.
-Rozumiem.
-Musisz złożyć Wieczystą Przysięgę, że nie opowiesz nikomu o planach, a jedynie zataisz je dla siebie. - Powiedział z wyraźnym sykiem.
-Oczywiście. -Powiedziałem i podszedłem do Czarnego Pana, jak się okazało Severus rzucał płomyki wiążące Wieczystą Przysięgę. Chwilę potem opuściłem tamto miejsce deportując się do swojej rezydencji w Monako. Ogromnie się cieszyłem wreszcie będę mógł zrobić to, co chciałem bardzo dawno temu już zrobić!

wtorek, 16 lutego 2016

Verfrasso i jego pierwsze problemy [P02]

Kilka słów przed rozdziałem:
Wena nadal na tych terenach, może wreszcie zgodzi się wyprowadzić na te właściwe. :)

♦•♦•♦•♦

-Paniczu Verfrasso! -Krzyknął ktoś do mnie kiedy wyciągnąłem głowę z srebrzystych myśli - Panicz nadal przegląda te wspomnienia? -Zapytał mnie lokaj, ale nic nie odpowiedziałem odwracając się do okna. Gdzie oni teraz mogą być? Dlaczego ode mnie odeszli? Przecież wszystko mogło być tak pięknie. Poczułem jak ktoś szarpie mnie za rękaw płaszcza i delikatnie potrząsa. Dopiero to sprowadziło mnie na ziemię wprawiając w zakłopotanie.
-Paniczu Verfrasso! Czy panicz nas w ogóle słucha? -Zapytał poddenerwowany lokaj i widząc zmartwione miny reszty biznesmenów Odparłem:
-Przepraszam, was, niezmiernie, ale ostatnio mam bardzo mało czasu dla siebie, moglibyście powtórzyć to, o czym mówiliście?
-Ależ naturalnie, Panie Lovegood. No więc myśleliśmy o podboju jednej z mafii. Jej przywódca to Rita Carmen Bloody. - Kiedy to mówił lampka wina, którą trzymałem z brzdękiem roztrzaskała się na podłodze. Odrętwiałem i nawet nie zwróciłem uwagi na to, że poraniłem swoje ręce.
-Nie. -Powiedziałem cicho, a widząc ich zdziwione miny dodałem:
-Nie ma takiej opcji. Przepraszam panów, ale to chyba na tym koniec. Muszę odpocząć. -Powiedziałem i machnięciem ręki szklanka złożyła się i przyleciała na stolik a wino zniknęło. Następnie odszedłem od okna i nic więcej nie mówiąc poszedłem do swojego pokoju rzucając po drodze:
-Odprowadź naszych gości do drzwi i nie pozwól nikomu wejść bez mojego pozwolenia.
Lokaj ukłonił się i po chwili znikał za drzwiami prowadzącymi do holu rezydencji. Ja tym czasem skierowałem się ciemnymi korytarzami z wieloma skrętami i schodami do mojej sypialni. Miałem ich kilka oraz kilkanaście bawialni, barów, salonów, jadalni, kuchni, łazienek oraz balkonów i ogrodów dachowych. Dodatkowo posiadałem kilkanaście mafii, z których dochody były bardzo wysokie. Pchnął bogato zdobione, białe drzwi i wszedł do środka siadając w fotelu.

Tak jak się domyślałem wezwanie było zaraz po zmroku. Sapnąłem z irytacją i przywołałem szaty śmierciożercy. Wyciągnąłem je na siebie i różdżką dotknąłem Znaku zamieniając się w czarną mgłę mknącą do celu. Po chwili wyszedłem z kłębu czarnego dymu i ruszyłem szybkim krokiem przed siebie. Żwir zgrzytał pod moimi stopami i po chwili usłyszałem kilka głosów i kroki innych. Nie czekając na nich przeszedłem dalej i otworzyłem bramę idąc dalej pokrytą żwirem alejką. Krzewy róż i inne kwiaty rosły przy niej, ale nie zwracałem na nie uwagi kierując się prosto do drzwi Malfoy Manor. Pchnąłem je i ruszyłem przez labirynt korytarzy do salonu, gdzie uklęknąłem nisko czekając na przyzwolenie. 
-Verfrassso. Jak miło, usiądź proszę. -Wstałem z klęczek i ruszyłem siadając na wskazanym miejscu. Tak jak kilku innych śmierciożerców spuściłem wzrok na nieskazitelny blat stołu zastanawiając się nad tematem tego zebrania. W cieniu zobaczyłem zakapturzoną postać, Czyżby jakiś nowy? Ostatnio coraz rzadziej ktokolwiek do nich dołączał. Większość była ścigana przez wyrzutki z dobrej strony. W końcu trwała wojna. 

Kiedy wszyscy przybyli Czarny Pan odezwał się:
-Witajcie Bracia i Siostry. Dzisiaj powitamy nowego członka naszego sprzymierzenia. Podejdź proszę. -Zwrócił się do postaci - Verfrasso, zechciałbyś być jego mentorem?
-Z przyjemnością Panie. Cokolwiek byleby uczynić cię szczęśliwym. -Powiedziałem skłaniając się i podchodząc do nich. Zauważyłem kątem oka, że Bellatriks przygląda mi się z zazdrością. Podszedłem do postaci i zsunąłem kaptur z jego głowy. Ukazała się twarz młodzieńca, może siedemnastoletniego, miał czarne oczy i włosy i pełne determinacji i żądzy spojrzenie. Westchnąłem w duchu i Czarny Pan oznajmił:
-Powitajcie w naszym gronie Severusa Snape, który zechciał do nas dołączyć. - Przez sekundę na mojej twarzy malowało się czyste zdumienie, ale szybko zmieniłem je na obojętność - Verfrasso, bracie, proszę abyś uczynił ten honor.
-Severusie wyciągnij różdżkę. -Powiedziałem pustym głosem, a ten posłusznie uczynił to. Zacząłem szeptać Czarnomagiczne klątwy, które spaczały ją i jego duszę. Po chwili Voldemort kiwnął głową, ukłoniłem się nisko i odszedłem na swoje miejsce. Czarny Pan dokończył rytuał i Snape usiadł obok swojego mentora. Męczyłem się w myślach aby nie wrzasnąć typowego 'COŚ TY DO CHOLERY JASNEJ ZROBIŁ?! TOTALNIE OSZALAŁEŚ?!'. Voldemort zauważył moją nagłą zmianę w wyrazie twarzy, podszedł do mnie i zapytał:
-Verfrasso, czy coś się stało, że wyglądasz na niezbyt zadowolonego? Czyżby nowy kandydat ci nie odpowiadał?
Mechanicznie uklęknąłem przed nim i ze spuszczoną głową odpowiedziałem:
-Nie o to chodzi, Panie. Po całym dniu przebywania z obrońcami szlam i odmieńców jestem zmęczony. A co do nowego Brata, jestem dumny z wyboru mojego przyjaciela. -Odpowiedziałem i popatrzyłem w oczy Czarnemu Panu. Poczułem jak przegląda w moich myślach i wspomnieniach z dzisiaj.

~Ja sam w fotelu kiwając wolno głową i popijając dosyć drogiego wina. Odpowiedziałem coś i uśmiechnąłem się drwiąco.
~Znowu ja z widocznym cieniem dezaprobaty na twarzy. Patrzę na szlamowatego czarodzieja udając szacunek.
~Ja w Ministerstwie Magii podpisujący jakieś papiery uśmiechając się łobuzersko do jakiejś kobiety, która spłonęła czerwienią na ten widok.
~Stoje tyłem do stołu z pięcioma osobami i patrzę za okno. Po chwili upuszczam lampkę wina, która roztrzaskuje się z trzaskiem  raniąc moje ręce.

Poczułem jak wychodzi z mojego umysłu i kiwa głową. Wstaję i ponownie staje na moim miejscu w kręgu lekko schylając głowę. Czarny Pan skinął do Glizdogona a ten podszedł do niego. Ten dotknął jego Mrocznego Znaku przyzywając Zewnętrzny Krąg. Zapowiadało się długie zebranie. Zauważyłem jak kilku śmierciożerców niezauważalnie przewraca oczami. Uśmiechnąłem się pod maską. Przynajmniej tego nie widać, ciekawe co zrobi Czarny Pan? Może umili sobie czas oczekiwania? Spojrzałem w tamtym kierunku i niemal od razu odwróciłem wzrok.

Po długim zebraniu, na którym Voldemort kazał Snape'owi testować na mnie zaklęcia wracałem cały obolały i z ogromnymi, krwawiącymi ranami do siebie. Trochę chwiejnym krokiem wraz z innymi śmierciożercami ruszyłem do bramy Malfoyów. Wiedziałem, że nie mogę uleczyć tych ran dopóki jestem w zasięgu wzroku i słuchu Czarnego Pana. Kiedy tylko wyszedłem za bramę aportowałem się do rezydencji. Z głośnym jękiem znalazłem się w swojej sypialni. Zachwiałem się i upadłem na biały dywan, który chwilę później pokrył się szkarłatem. 
-Accio lustro. -Pomyślałem i chwilę później patrzyłem na swoją twarz wykrzywioną w bólu. Zauważyłem dziwny, ledwo dostrzegalny zarys krzyży w moich oczach. Przez chwilę mignęły mi szare skrzydła i dziwny kaptur przed oczyma. Patrzyłem otępiały jeszcze przez moment i poczułem się słaby. Zdążyłem zmienić tylko ubrania i wysłać Patronusa. Po chwili zemdlałem z wyczerpania i za dużej ilości straconej krwi.