Po nieprzespanej, z powodu szukania informacji o Aniołach, nocy Verfrasso wstał około godziny czternastej. Ubrał się i jak zwykle wyszedł ze swojej sypialni. Wszedł witając się z lokajem i przecierając oczy usiadł na swoim zwykłym miejscu w fotelu w salonie. Wyciągnął notatnik i zapisał w nim potrzebne dla siebie informacje.
1. Pamiętam miejsce gdzie spadłem z Klifu Śmierci. To było w Kanadzie. (Nie wiem dlaczego tam był Dumbledore, ale to już szczegół).
2. Muszę pozbierać kawałki mojej dawnej broni, jak wiem, nadal tam leżą, czuję to.
3. Skrzydła mogę dostać tylko wtedy, kiedy zobaczę Tyraeal i Leanivie... Przynajmniej tak czytałem.
4. Dowiedziałem się, że aktualnym Aniołem Życia jest jakiś Illorfen. Nie ważne, mam go poznać po czarnych i podniszczonych skrzydłach. Ciekawe.
SPOTAKNIE 24:00 W TAMTYM MIEJSCU.
-Jeremy! -Zawołałem do lokaja cierpliwie czekając, aż się zjawi. Po chwili pojawił się - Posłuchaj mnie teraz uważnie. -Westchnąłem i skierowałem wzrok na notatnik leżący na stole - Nie będzie mnie już w tym domu. Oddaję ci go. Wyjeżdżam i raczej tutaj nie wrócę. - Tu spojrzałem na zszokowanego lokaja i uśmiechnąłem się - Usunąłem wszystkie osobiste rzeczy i dom jest do twojej, jak i twojej rodziny, dyspozycji... Raczej nie będzie mi już potrzebny. - Odparłem spokojnie i podszedłem do kominka patrząc się w ogień. Po chwili lokaj rzucił się na mnie i przytulił mnie. Zdrętwiały poklepałem go po plecach - Nie rozmarz mi się tu. -Powiedziałem rozbawiony - Traktowałem cię jak brata przez długi czas wiem, ale nie klej mi się do nowego płaszcza proszę... - Westchnąłem i przytuliłem go zaraz potem, był ode mnie o całą głowę niższy.
-Będę tęsknić. -Odparł uśmiechając się.
-Za czym? Za nieznośnym panem, który wzywał cię, bo tak? Albo po to, aby ci zawrócić głowę? Nie masz za czym, Jeremy. Na prawdę. Ja już nie mam zamiaru wrócić. -Stwierdziłem i skinąłem mu na pożegnanie. Po chwili pojawiłem się w Kanadzie. Westchnąłem i ruszyłem ulicami miasta, aby odszukać wielki krater, który sam kiedyś spowodowałem. Szedłem tak rozglądając się po kolorowych wystawach i bogato zdobionych domach w centrum miasta, w którym się znajdowałem. Jak zawsze wpadłem w oko wielu kobietą i padłem ofiarą zazdrosnych spojrzeń mężczyzn. Westchnąłem i ruszyłem przed siebie nie patrząc na boki. Irytowały mnie ciekawskie spojrzenia, ale nie okazywałem tego. Skręciłem w alejkę pozwalającą wyjść z miasta i po godzinie wędrówki dotarłem do krateru. Skoczyłem w dół rzucając zaklęcie niwelujące upadek. Ten miał ze sto metrów wysokości a szeroki był jak na oko na dwadzieścia. Na podłożu emanowała blaskiem dziwna esencja, która po zbadaniu okazywała się esencją Aniołów. Odnalazłem części broni i złożyłem ją za pomocą reparo. Jednak wiedziałem, że będzie potrzebna do tego wyczuwalna Anielska Aura z tego, kto ją posiadał.
Po trzech godzinach zapadł zmrok a zaraz po tym, równo o dwudziestej czwartej zjawił się wyznaczony wcześniej Anioł. Był to zwykły Anielski Wojownik.
-Witaj Verfrasso. Dawno nikt z nas cię nie widział, myśleliśmy żeś umarł.
-Witam, Aniele. Nie znane mi twe imię, ale wiedz jednak, że żyję i mam się dobrze jak możesz zobaczyć. - Uśmiechnąłem się - A jak z portalem?
-Za chwilę powinien się aktywować. - Odparł - A, że wolno mi zapytać. Odnalazłeś swoją broń Nightmare Bite?
-Tak, leżała w szczątkach w kraterze, domyślam się, że będzie potrzebowała udowodnienia, że to ja. Powoli wspomnienia mi wracają i myślę, że przebywanie w Świętym Świecie przywróci mi skrzydła.
-Również tak uważam. - Zawahał się co było widoczne w jego ruchach - A... Czy pamiętasz o swojej zdolności?
-O czym mowa? -Odparłem szczerze zdziwiony.
-Twoje oczy. -Tutaj spojrzał na mnie niepewnie - Kiedyś potrafiłeś kontrolować wolną wolę człowieczą jak i Anielską oraz Demoniczną.
-Hm, szczerze odpowiem ci, ale nie pamiętam tego. Może kiedy wejdę do Złotej Sprawiedliwości przypomnę to sobie.
-Rozumiem. Portal już się aktywował, szybko zanim nas ktoś zobaczy. -Powiedział i wraz z nim weszliśmy do portalu. Poczułem się dość dziwnie, jakby coś wymagało się wypuszczenia po latach. Nagle z moich pleców wyrosły czarne, podniszczone skrzydła, z których spadały pióra. Moje oczy zabłysnęły starym światłem i krzyże zmieniły się na czarne. Moje ubranie zmieniło się w czarny płaszcz z kapturem nasuniętym na głowę, ale tak, aby widać było twarz. Moja broń - dotychczas zwykły czarny kijek zmienił się w potężną kosę. Dodatkowo zostały ukryte w rękawicach dwa, koso podobne sztylety. Fiolet w moich oczach zabłysnął i zmienił się w turkus, dodatkowo ze mnie zaczęła wydobywać się potężna aura również w kolorze turkusu. Skóra stała się biała i wyróżniała się na tle czarnych ubrań. Czarne trapery, które dotychczas nosiłem zmieniły się w czarne męskie kozaki. Na moich dłoniach, plecach, ramionach i piersi pojawiły się przeróżne tatuaże. We brwi, wargach typu snake bites i monroe oraz w jednym uchu trzy pojawiły się kolczyki. Pojawiły się czarne sygnety z onyksem i napis : L O S T S O U L na palcach. Mój głos zmienił się na taki, jakby mówiło tysiąc dusz. Widziałem również dziwną czarną aurę na wszystkim, oraz mogłem zobaczyć dusze umarłych chodzące po niebie. Wzdrygnąłem się, ale po chwili przyzwyczaiłem się i popatrzyłem na efekty zmian. Anioł Wojownik, również zdziwił się i nawet tego nie ukrywał. Ruszyłem zostawiając go z tyłu, po chwili ocknął się na dźwięk kroków roznoszących się po srebrnej posadce. Moje wspomnienia wróciły i doskonale wszystko pamiętałem. -Maelchar... - Pomyślałem - To on mnie próbował zabić.
Stanąłem w miejscu czekając aż ten wyjdzie przede mnie. Zaczął mnie prowadzić do Złotej Sprawiedliwości, gdzie czekali wszyscy ocalali. Pchnął złote drzwi ukryte dość dobrze w Wielkim Moście i przepuścił mnie. Po chwili wszedłem do środka. Stanąłem rozglądając się po twarzach wybitnie zdziwionych Aniołów.
-Mogliście lepiej ukryć te drzwi. To by było za łatwe. -Powiedziałem a mój głos rozniósł się echem po ścianach. Po chwili podeszli do mnie moi rodzice.
-Nie mogę w to uwierzyć. Verfrasso! Nie widzieliśmy cię ponad czternaście lat!
-No może dlatego, matko, że pewien parszywiec zepchnął mnie z Klifu Śmierci i myślał, że mnie zabije, ale jak widać nie udało mu się to. -Odparłem rozbawiony.
-Jak zawsze ironiczny i arogancki, takim cię zapamiętałam.
-Ha Ha Ha Ha Ha Ha. -Mruknąłem - A jaki mam być? Potulny jak owieczka? A może miękki i łagodny jak baranek, hę? -Powiedziałem i roześmiałem się przytulając dwójkę rodziców.
-Raczej czarny baranek. -Wciął się Tyrael uśmiechając się.
-Dobrze powiedziane, ale nie po to tu jestem. Idę zabić tego bydlaka i jak chcecie to chodźcie ze mną. -Powiedziałem dość głośno - Jak pamiętam wasza ostatnia motywacja i jedyna nadzieja uciekła jak zwykły tchórz! Zaraz potem zginęła a wy raczej nie chcielibyście podzielić jej losu! Do broni! -Zawołałem i wyleciałem w powietrze.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz