piątek, 19 lutego 2016

Verfrasso. Kto to jest? I Kim jest? [P03]

   Z daleka słyszałem ciche szepty i czułem okropny ból w boku. Próbowałem się przewrócić na drugi bok aby nie patrzeć w ścianę, ale jak się okazało nie miałem na to siły.
-Co się mu stało? -Usłyszałem nieznany mi głos.
-Nie wiem, znalazłem go w jego sypialni, zdążył wysłać Patronusa. -Kolejny głos, tym razem mojego lokaja - Jak sądzisz, co mu jest?
-Sądzę, że to krew Aniołów. - Widziałem jak zza mgły jego zaskoczoną twarz - Wiem, że to niemożliwe, gdyż każdy Anioł jest wybierany przez Sąd Niebios. Jak widzę to jest krew Anioła Życia. Ale jak wiadomo, jest już jeden i nie zmienia się go do jego śmierci. - Odparł.
-Nie rozumiem. - Zszokowany głos i lekkie odrętwienie na jego twarzy odznaczały się na tym potulnym zwykle chłopaku.
-Ja też nie, Jeremy. Ja też nie. - Westchnięcie i postanowiłem wkroczyć.
Cicho syknąłem z bólu udając, że nic nie słyszałem i usiadłem na czymś, na czym leżałem. Złapałem się odruchowo za głowę.
-Co się tu stało?... - Odparłem próbując utrzymać ton na moim zwykłym - I gdzie jestem? -Omiotłem spojrzeniem salę i dopiero teraz zauważyłem, że jestem w Świętym Mungo. Szlag! 
-Spokojnie, ma pan uszkodzone lewe ramię. Proszę pozwo... -
-Nie. -Odparłem spokojnie, a ten popatrzył się na mnie zdziwiony - Nie ma takiej potrzeby, jak dotąd sam leczyłem swoje rany i zawsze dawałem sobie radę. - Stwierdziłem patrząc mu prosto w oczy i zeskoczyłem z łoża szpitalnego. Następnie ignorując spojrzenia na mnie odwróciłem się z szelestem szat znikając z świstem powietrza. Pojawiłem się w mojej rezydencji i skierowałem się do swojej sypialni. Nie potrzebowałem litości, jedynie spokoju. Zrzuciłem z siebie pokryty szkarłatem biały płaszcz i rzuciłem się na łóżko. Jak zwykle prawie utonąłem w pościeli, która była okropnie miękka. Westchnąłem zrezygnowany i przewróciłem się na lewy bok w kierunku ściany.

Światło księżyca odznaczało się na jego bladej skórze. Fioletowe oczy błyszczały tajemniczo i widoczny był w nich lekki zarys krzyży. Ładny trochę długi nos i smukłe policzki oraz wyraziste kości policzkowe sprawiały wrażenie idealnie zadbanych, co nie było prawdą. Verfrasso nie robił nic w tym kierunku i tak już wyglądał. Jego krótkie czarne włosy z zaczesaną grzywką zmierzchwiły się trochę kiedy obrócił się w pościeli. Był bardzo wysoki i chudy, jego tajemnicza i smukła sylwetka oraz płynność i elegancja ruchów sprawiały, że nie mógł się odgonić od grupek dziewczyn. Zwykle szlam i odmieńców, które go w ogóle nie interesowały. A przynajmniej musiało tak być ze względu na Lorda. Miał dwadzieścia dwa lata i od lat Hogwartu zaprzyjaźnił się z Severusem Snapem, Lucjuszem Malfoyem, Rokwoodem oraz Averym. Ta trójka oprócz Snape'a przeciągnęła go na stronę ciemności. Pod licznymi listami i obelgami z ich strony po całych dwóch latach od opuszczenia Hogwartu zgodził się. A teraz jeszcze Severus... Wiedział, że musi porozmawiać z Sylvestrem na ten temat i spróbować się jakoś dogadać. Niestety to będzie trudne, gdyż ten wiele razy próbował zmieniać jego wybory i decyzje aż w końcu doszło do bójki, z której Verfrasso musiał się wycofać. Przez sen szarpnął lekko dłonią, co odsłoniło wyróżniający się w bieli Mroczny Znak. Tak, niestety, ale to również ma bardzo długą i mroczną historię. Aktualnie trwała wojna i prawie codziennie wzywani byli do Malfoy Manor, aby uknuć nowy plan albo rozwalić nowe mugolskie miasta. Chcieli siać śmierć i zastraszać ich, aby Biała strona próbowała im pomóc. Takie pułapki były baaardzo często używane wśród śmierciożerców. Przewrócił się na prawą stronę i widać było jego spokojną twarz. Mimo wszystko pod nią działa się prawdziwa wojna myśli i tego, co powinien a czego nie powinien robić. Wszystko ma swoją przeszłość, czyż nie?

Sapnął zirytowany i przewrócił się na bok. Był ranek i słońce świeciło mu prosto w oczy. Mruknął z niesmakiem i wyszedł z łóżka ubierając płaszcz. Nie czekając aż lokaj zjawi się ze śniadaniem zostawił krótką notkę wyjaśniającą jego nieobecność i deportował się.

Po chwili stał na kamiennym gruncie rozglądając się dookoła. Wyszeptał zaklęcie i ruszył za swoim Patronusem, który prowadził go do Domu Snape'a. Ruszył szybkim krokiem nie odwracając się gdy usłyszał jakiś szelest. Naciągnął na twarz kaptur i schował się w cieniu nakrycia głowy. Wędrował tak jeszcze chwilę kiedy wyczuł zaklęcia antydeportacyjne. Uśmiechnął się pod nosem i przeszedł przez nie wyciągając różdżkę. Wiedział, że Sylvester uwielbia mieć wszelakiego rodzaju ochronę. Westchnął kiedy usłyszał zwykły mugolski alarm przeciw włamaniowy. Miał ochotę wybuchnąć śmiechem i się już nie kontrolować, ale nie było na to czasu. Wspiął się po wysuniętych cegłach domu i wszedł przez okno do pokoju, który za pewne był salonem. Zobaczył postać siedzącą w fotelu, która nagle zerwała się z różdżką w pogotowiu. Pokręcił głową i odebrał mu różdżkę jednym celnym zaklęciem.
-Wypadasz z formy Sylvestrze. -Odparł spokojnie bawiąc się jego różdżką pomiędzy palcami. Ściągnął kaptur i uśmiechnął się kontynuując zabawę - Jednak jestem w innej sprawie.
-Słuchaj ty! Najpierw włamujesz się do mnie a potem chcesz jeszcze coś ode mnie?! Verfrasso! Nie do wiary! Zawsze taki kulturalny... -Mruknął.
-Nie wyolbrzymiaj. - Parsknął - Nie nazwał bym tego domem, ale jak chcesz. - Westchnął i spojrzał prosto w czarne oczy ciskające błyskawice i podesłał mu jedno wspomnienie. Te zamgliły się i widział w nich odbicie wspomnienia, które wybrał.

On sam podchodzi do zakapturzonej postaci i wyczuwa dziwną aurę. Odsłania mu kaptur i przez chwilę nie ukrywa szoku z widoku Severusa. Po chwili według rozkazu Czarnego Pana został zmuszony spaczyć Czarną Magią jego duszę i różdżkę. Oczy Snape'a zmieniają się na całkowicie czarne i puste. Część duszy została oddana w ofierze Czarnej Magii. Po chwili staję na swoim miejscu i Lord dokańcza rytuał. Po chwili podchodzi do mnie i przegląda moje wspomnienia. Zaraz potem każe Snape'owi testować swoje zaklęcia na nim. Skrzywił się w duchu, ale posłusznie wyszedł na środek upuszczając różdżkę, aby nie móc się bronić przez refleks. Po chwili obrywa salwą zaklęć, ale nadal nie okazuje emocji. Zmusił się do używania oklumencji, aby blokować ból.

Po chwili wypchnąłem go z wspomnienia i popatrzyłem na niego groźnie.
-Co... Nie... Nie możliwe. -Powiedział szczerze nie dowierzając.
-Jak widzisz jest możliwe. A teraz gadaj, dlaczego do cholery ciężkiej nie próbowałeś go zatrzymać?! Myślałem, że ci na nim zależy, skoro jesteś jego bratem. -Odparłem i rzuciłem mu różdżkę wyskakując przez okno, po to, by wypaść z okna z gracją lądując na ziemi. Szybkim krokiem pokonał odległość dzielącą go od punktu aportacyjnego i zniknął ze świstem powietrza.

Kolejne dwa lata później. 

Siedziałem na swoim zwykłym miejscu po lewej stronie Czarnego Pana. Przybyłem jako jeden z pierwszych i po wysłuchaniu Lorda usiadłem na zwykłym miejscu. Po chwili zjawił się Severus i uklęknął przed nim.
-Wstań Severusie i zajmij swoje miejsce. -Odparł zimnym sykiem a tamten bez słowa spełnił polecenie. Po dłuższym czasie zjawiła się reszta śmierciożerców, a Czarny Pan zapytał Snape'a.
-Severusie, czy zdobyłeś jakieś nowe informacje od starego Dumbledore? - To nazwisko wymówił z taką pogardą, jakby był on czymś obrzydliwym i nieznośnym.
-Tak, Panie. Została ogłoszona przepowiednia, że chłopiec urodzony pod koniec lipca przyniesie śmierć Czarnemu Panu. Oczywiście ja w to nie wierzę i wierzę w potęgę mego Pana. -Odparł.
-Chłopiec urodzony pod koniec lipca... Hmm... - Zaczął chodzić dookoła pokoju przechodząc za śmierciożercami, którzy oglądali się nerwowo - Lily Potter miała urodzić pod koniec lipca... -Odwrócił się w stronę Severusa, którego zamurowało - Czyż nie, Severusie?
-Tak, Panie. -Odpowiedział a w jego głosie wyczułem złość, żal, smutek i ból. Czy on coś do niej czuł? Odwróciłem na niego wzrok i zauważyłem w jego oczach dziwne uczucie, które chwilę później zmieniło się w obojętną maskę. Nagle Czarny Pan odezwał się do mnie:
-A co do ciebie, Verfrasso. Ostatnio wyczuwam dziwną aurę wokół ciebie. -Tu podszedł do mnie i podniósł mój podbródek, abym na niego patrzył - Czy wiesz, co to jest?
-Tak, Panie. Ostatnio mój lokaj wraz z kimś jeszcze uznali, że... Że to może oznaczać, że jestem aniołem. -Odparłem patrząc nadal w jego oczy. Czarny Pan westchnął i puścił mój podbródek.
-Co, niestety, oznacza, że jesteś dobrą i czystą postacią. - Podszedł do kominka stojąc tyłem - Co również wyrzuca cię z grona śmierciożerców, Verfrasso.
-Rozumiem.
-Musisz złożyć Wieczystą Przysięgę, że nie opowiesz nikomu o planach, a jedynie zataisz je dla siebie. - Powiedział z wyraźnym sykiem.
-Oczywiście. -Powiedziałem i podszedłem do Czarnego Pana, jak się okazało Severus rzucał płomyki wiążące Wieczystą Przysięgę. Chwilę potem opuściłem tamto miejsce deportując się do swojej rezydencji w Monako. Ogromnie się cieszyłem wreszcie będę mógł zrobić to, co chciałem bardzo dawno temu już zrobić!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz