sobota, 12 marca 2016

Nowe konto Google na ,,specjalnego" bloga.

Specjalny blog: hpbycoyotespecial.blogspot.com
Specjalne konto: CoyoteSenpai Special (Identyczny avatar)
Zaglądajcie, ale jeżeli ktoś woli główne serie, które zwykle są akcją (Tam zachęcenie, że będą romansidła) to lepiej, żeby został tutaj.

PS:Blog w budowie, nadal pierwszy szablon, szukam w mojej głowie ciekawych pomysłów. I dodatkowo zapowiadam lekką zmianę na głównym blogu Magii Słów. Tamten nazywa się Magia Słów by Coyote -SPECIAL.
Zapraszam,
Coyote.

piątek, 11 marca 2016

To english people what read.

Hi!
Sadly im from Poland and i cannot do a blog in english langue.
But always you can translate it and try to read.
Of course it won't be perfect, im sure about that. :/
But it's a way too, right?
Im hopefull that you will enjoy.
Thanks,
Coyote Senpai.


175 wyświetleń jednego dnia?! Wtf?! :D

Wow. Wow. Wow. - Tak mogę to skomentować. Nie wiem co napisać. 175 wyświetleń jednego dnia... Wow. No to macie zagwarantowaną nową serię, którą zadedykuję każdemu obserwatorowi (oprócz Eibisu, bo to moje drugie konto...). Wow. Nadal jestem w szoku.
DZIĘKUJĘ! <3
Coyote Senpai.

Bonus~! 700 wyświetleń~!

,,Przyjaźnić się z Jokerem".
By Coyote Senpai.

Karty...
Te niby z pozoru niegroźne zabawki wydają się nadawać jedynie do gry.
Nie.
Potrafią być idealną bronią dla każdego Jokera.
Każdy unika ich bojąc się zdrady, albo braku poparcia i śmierci.
Joker, to osoba, która jest szaleńcem i ma smykałkę do kart, pokera i innych gier hazardowych.
Właśnie jednym z nich był Luciel Cracvey.
Miał długie, białe włosy i śniadą twarz o mocnych rysach.
Fioletowe oczy zawsze pozostawały zagadką dla wielu jego znajomych.
Wspominał i zawsze był nieobecny.
Mimo wszelkich rozmów.
Zawsze w swoim świecie.
Potrafił przerzucać się w tempie błyskawicznym.
Raz szczęśliwy,
raz smutny,
raz zły,
raz dobry i przyjacielski,
raz chłodny i okropny,
raz ciepły i wesoły.
Nigdy nie zdradzał co robi.
Nigdy,
Zawsze siedział przygnębiony, ale szybko zmieniał nastroje.
I tej nocy wymknął się.
I wspominał.
I siedział...
Aż do północy i jeszcze dłużej.
Tyle, że po raz pierwszy od dłuższego czasu pojedyncza łza spłynęła po jego policzku:
-Judith... Tęsknie za Tobą...
Chwilę potem podszedł do niego jego przyjaciel.
-Luciel, nie łam się. Każdy z nas miło wspominał Judith. - Odzywa się.
-Wiem, Felke. Nie chciałaby abym ją wspomniał tylko żył dalej. -Wzdycha.
-Tak, przyjacielu. Właśnie dlatego.
-Jak mnie nakryłeś?... - Odezwał się po dłuższym czasie.
-Co? - Zapytał rozkojarzony.
-Przecież nikomu nie mówię, gdzie chodzę nocami. - Mówi rozbawiony i uderza go barkiem.
Tamten upada na ziemię pokrytą rosą.
-Auć. - Rozciera bolący łokieć - Podczas nocy szedłem po jakiś napój. Wracałem z Misji... I zobaczyłem Ciebie patrzącego w gwiazdy. Domyśliłem się.
-Aha. - Odpiera.
-Baaardzo oryginalna odpowiedź by Mister MadHatter. - Mówi.
Razem siedzą aż do trzeciej w nocy.
Wspominają.
Śmieją się.
I cieszą się życiem...
Bo przyjaźń to największa magia.
Większa od tej, co robią w Hogwarcie.
O wiele większa.

Bonus za 118 wyświetleń jednego dnia. I co tu pisać?...

Idę ciemnymi korytarzami zniszczonej szkoły.
Wszyscy cofają się i uciekają z pola widzenia.
Przegrali Bitwę o Hogwart.
Rzucone na mnie zaklęcie tarczy jest o wiele silniejsze od ich zwykłych zaklęć, przez co nie przebijają jej.
Przyśpieszam kroku a za mną idzie kilka śmierciożerców. 
Kierujemy się na Wieżę Astronomiczną.
Tam, gdzie wreszcie zginie Albus Dumbledore.
Za pierwszym razem przeżył.
Jednak nie uda mu się to tym razem.
Nie używam różdżki.
Kolejny mój ruch ma zakończyć jego życie.
Nie kogoś.
Jego.
Chwytam ich za szaty i odrzucam na kolejne grupki. 
Unikam zaklęć silniejszych od mojej tarczy i poruszam się z niebywałą gracją.
Moje oczy - Widać w nich żądzę mordu.
Wreszcie wyciągam różdżkę blokując silniejsze zaklęcie w ostatniej chwili.
Jednym smagnięciem odrzucam zaklęcie w rzucającego i zabija się.
Sam.
Swoim zaklęciem.
Ignoruje pełne wiwatów i śmiechów wypowiedzi śmierciożerców dookoła mnie.
Jedynym moim celem jest Albus Dumbledore.
Tylko on.
Nikt więcej.
Poruszam się bardzo szybko i płynnie.
Nikt nie może mnie zatrzymać, zaś resztę zabijają z ogromną łatwością.
Wchodzę w grupkę z Zakonu i odrzucam ich zaklęciem.
Wbiegam na górę po schodach w ostatniej chwili.
Ten tchórz wołał Faweksa aby zniknąć.
-Avada Kedavra. - Mówię bez zająknięcia i jego ciało upada na posadzkę. 
Jego twarz wyraża zdumienie i smutek.
Mam to wszystko w poważaniu.
Nie obchodzi mnie los innych.
Wyczarowuję Mroczny Znak nad Wieżą Astronomiczną.
Wdycham nieświeże powietrze przepełnione żalem, strachem, krwią i przerażeniem.
Chwilę potem na Wieżę wchodzi reszta śmierciożerców.
Idealnie żeby zobaczyć jak jednym kopnięciem zrzucam bezwładne ciało Albusa Dumbledore z Wieży Astronomicznej.
Wiwaty i śmiechy oraz wyzwiska unoszą się w powietrzu.
Bella tańczy taniec uradowanych kanibali śmiejąc się najgłośniej.
Jednak ja bez słowa przechodzę obok nich.
Chciałem tę szkołę prowadzić.
Za zabicie Dumbledore Czarny Pan obiecał mnie ogłosić jej dyrektorem.
Wychodzę z Wieży i aportuję się do Czarnego Pana.
Momentalnie klękam z uniżoną głową czekając na przyzwolenie.
-Widziałem Mroczny Znak nad Wieżą Astronomiczną. Nad miejscem gdzie wreszcie zginął Albus Dumbledore. Ten nieudacznik i parszywy miłośnik mugoli i szlam. - Wymawiał te słowa z pogardą patrząc jak z zielonej czaszki wydobywa się wąż i żyje własnym życiem na niebie. Wreszcie skierował swój wzrok na mnie.
-Wstań, Jack. - Mówi i bez mrugnięcia okiem wykonuję jego polecenie - Podejdź do mnie - Znów mechanicznie wykonuje polecenie. 
Ten przykłada mi różdżkę do Mrocznego Znaku pod szatami i szepcze zaklęcia.
Czuję niewyobrażalny ból, ale moja twarz zostaje obojętna.
-Właśnie zostałeś moją Prawą Ręką i Dyrektorem Hogwartu. Rządź nim mądrze. I wytrenuj nasze armie.
-Dzięki Ci, Mój Panie. - Mówię kłaniając się nisko. 
-Idź. Pilnuj swojej szkoły. Już jutro będzie odbudowana.
-Dziękuję, Panie. - Powtarzam i znikam.

-•-•-•-•-•-•-•-•-•-•-•-•-•-•-•-•-•-•-•-•-•-•-•-•-•-•-•-•-•-•-•-•-•-•-•-•-•-•-•-•-•-•-

Wyciągam głowę z myśloodlewni, a jednak Dumbledore przeżył i do nich dołączyłem. 

83 wyświetlenia w jeden dzień. Wow. Bonus!

Całe 83 wyświetlenia w jeden dzień?! Wow! :D No i jak tu nie napisać kolejnego bonusu? Jeżeli jeszcze dziś wbije się 100 w jeden dzień to będzie prawie 3 bonusy! (Tak za 100 jeszcze dziś kolejny...) Głowa eksploduje! No to nie przedłużam! Zapraszam na bonus!

*•-•*•-•*•-•**•-•*•-•**•-•*•-•**•-•*•-•**•-•*•-•**•-•*•-•**•-•*•-•*•-•*•-•**•-•*•-•*

Chodzę dookoła niezbyt zainteresowany rozmową prowadzoną za drzwiami pokoju. 
Czekam tylko na to, aż Dumbledore ogłosi, że jestem po ich stronie. 
Wzdycham wreszcie zirytowany i zrezygnowany i siadam na krześle w pokoiku. 
Chowam twarz w dłonie. 
Moja zmęczona, śniada twarz odznacza się na tle długich, brązowych włosów związanych z tyłu w kitę.
Mam mocne rysy i podkreślone oczy.
Jestem cwany i sprytny. 
Mam również tęgi umysł, przez co rozwiązywałem plany Zakonu.
Tym razem ma się to zmienić.
Kim jestem?
Nazywam się Jack Sherman.
Byłem najlojalniejszym śmierciożercą w szeregach Czarnego Pana.
Wyrządziłem Zakonowi wielką krzywdę, pokrzyżowałem wiele planów.
Ale mimo tego chcę się zmienić i do nich dołączyć.
Ubrany jestem w szaty mocno podobne do tych śmierciożercy.
Nie mogłem się pojawić na Pokątnej ani na Nokturnie bo byłem poszukiwany.
Dopiero dzisiaj, zaraz po zebraniu Zakonu miałem dobrowolnie stawić się w Ministerstwie.
Dumbledore był za mną, ale musiał jeszcze przekonać Zakon.
Po chwili do pokoju wchodzi sam Albus i mówi do mnie:
-Jestem zmuszony zabrać ci różdżkę i związać ręce. -Wzdycha - To warunki, które postawili na rozmowę z Tobą.
-Rozumiem. -Mówię i wyciągam drewienko przesiąknięte Czarną Magią. 
Wyciągam przed siebie ręce, nadal zachowując maskę obojętnego śmierciożercy.
Dumbledore rzuca zaklęcie wiążące na nie i kieruję się z nim do wyjścia z pokoju.
Patrze na całkowicie zdziwione twarze Feniksów czarnymi, pustymi oczyma. 
Milczę czekając aż dyrektor się odezwie. 
Mam lekko spuszczoną głowę w rozmyślaniu.
-Chciałbym wam przedstawić, a raczej przypomnieć, gdyż za pewne każdy go zna, nowego członka Zakonu. Był to były śmierciożerca, który był najbardziej oddany Tomowi. -Usłyszałem wiele wyzwisk i przekleństw a nawet w moją stronę poleciało jedno zaklęcie, nie unikałem go.
Pozwoliłem, aby trafiło mnie i zrobiło sporą ranę od zaczęcia policzka aż do początku szyi. 
Krew skapywała na podłogę, ale nie przejąłem się tym.
-Harry, on NA PRAWDĘ jest po naszej stronie. Jak mu nie ufasz mogę mu zaaplikować Veritaserum. - Powiedział Dumbledore.
-Bardzo proszę, Profesorze. -Odparł i spojrzałem na niego krótko zerkając na jego bliznę i twarz. 
Chwilę potem odwróciłem wzrok.
Albus chwilę potem stał nade mną i podał mi Veritaserum, które ku zszokowaniu wszystkich przełknąłem bez słowa. 
Spojrzałem na Pottera czekając na pytania.
-Dlaczego do nas dołączyłeś? -Zapytał wprost. 
-Ja... - Odwróciłem wzrok - Po wielu latach służby u Czarnego Pana poczułem, że robię źle. Jestem jego Prawą Ręką, ale czułem się spaczony, wiem, że to się nie zmieni dołączając do Was, Feniksów, ale czuję się winny chociaż takiej formy pomocy. -Mówiłem zachrypniętym głosem nadal w ledwo wyczuwalnym szaleństwie i faktycznej skruchy - Czarny Pan... Przygotował plany, które są zbyt silne dla was. Musicie zacząć działać teraz, aby móc przetrwać i wygrać. -Skrzywiłem się czując jak Veritaserum wymusza na mnie mówienie. 
Krew, która spływała z lewego policzka spłynęła mi do ust.
Przez chwilę poczułem się silniejszy i żądny krwi, ale zapanowałem nad tym odrzucając to uczucie.
-Potrafisz wyczarować Patronusa? -Pyta analizując informacje.
-Oczywiście. - Mówię zgodnie z prawdą - Przez wiele lat nie mogłem rzucić nawet mgiełki z powodu służby, ale kiedy poczułem skruchę mój Patronus zaczął przybierać formę Hipogryfa. -Odpowiedziałem czując, jak więzy zaciskają się zbyt mocno. 
-Wierzę ci. -Odparł po namyśle. Tym razem rudzielec zapytał:
-Skąd możemy być pewni, że nas nie opuścisz?
-Wieczysta Przysięga w formie podobnej do Mrocznego Znaku. -Odparłem i nadal związanymi dłoniami odsłoniłem kołnierz koszuli. 
Na mojej szyi widniała czerwona wstęga z napisem: Vivere per sempre, fino a quando non ci tradirà. Il tradimento sarà punito. Co oznaczało po włosku: Żyj wiecznie, dopóki nas nie zdradzisz. Zdrada zostanie ukarana. Zasłoniłem z powrotem kołnierz. 
-Wszyscy? -Pyta się Dumbledore po dłuższym czasie milczenia, nikt nie odpowiedział, co oznaczało, że są za. Veritaserum minęło i zamiast zamglonego wzroku znowu moje oczy stały się puste.
-Nie cierpię skutków ubocznych Mrocznego Znaku. -Mruknąłem - Po zażyciu Veritaserum zaczyna ci pulsować bólem głowa i wszystko nagle się chwieje. -Wzdycham i prawie upadam - Możecie mnie już rozwiązać i oddać moją własność? Czy nadal macie wątpliwości co do mojej osoby? -Mruknąłem. 
Albus kiwnął i machnął, po czym więzy zniknęły. Następnie oddał mi moją różdżkę i sprawnym ruchem wyczarowałem fotel. Usiadłem na nim ponieważ kręciło mi się w głowie. Następnie wyczarowałem kilka rolek pergaminu i zapełniłem je słowami skopiowanego z moich myśli. Następnie przekazałem rolki Dumbledore i poczułem, że tracę przytomność.
Nic dziwnego, w końcu przekazywanie myśli na papier jest wyczerpujące.
Po chwili jednak obudziłem się i oznajmiłem:
-Wracam do siebie bo zaraz zemdleje. -Mruknąłem i ruszyłem lekko chwiejnym krokiem do drzwi.
-Przygotuj się na wizytę do Wizegamontu. -Powiedział Dumbledore - Za pół godziny zjaw się u mnie w gabinecie, tymczasem masz do użytkowania puste komnaty zaraz obok. 
Kiwam głową i wchodzę do pokoju. 
•♦•♦•

Wchodzę w stroju śmierciożercy bez maski z związanymi rękami wraz z dwójką dementorów do Sali Rozpraw. 
Widzę wzdrygnięcia i pełne pogardy spojrzenia, jednak po takim wykładzie co im zrobił Dumbledore raczej trudno mnie wsadzić do Azkabanu. 
Podają mi papier i uwalniają z więzów.
Wreszcie.


Haaaaaaaaaaaaaa??????

No nie. :D Niedawno napisałam bonus za 600 wyświetleń i już niedługo za 700! :D Nie żeby mi to przeszkadzało, ale zwolnij kowboju! :D