Wszyscy cofają się i uciekają z pola widzenia.
Przegrali Bitwę o Hogwart.
Rzucone na mnie zaklęcie tarczy jest o wiele silniejsze od ich zwykłych zaklęć, przez co nie przebijają jej.
Przyśpieszam kroku a za mną idzie kilka śmierciożerców.
Kierujemy się na Wieżę Astronomiczną.
Tam, gdzie wreszcie zginie Albus Dumbledore.
Za pierwszym razem przeżył.
Jednak nie uda mu się to tym razem.
Nie używam różdżki.
Kolejny mój ruch ma zakończyć jego życie.
Nie kogoś.
Jego.
Chwytam ich za szaty i odrzucam na kolejne grupki.
Unikam zaklęć silniejszych od mojej tarczy i poruszam się z niebywałą gracją.
Moje oczy - Widać w nich żądzę mordu.
Wreszcie wyciągam różdżkę blokując silniejsze zaklęcie w ostatniej chwili.
Jednym smagnięciem odrzucam zaklęcie w rzucającego i zabija się.
Sam.
Swoim zaklęciem.
Ignoruje pełne wiwatów i śmiechów wypowiedzi śmierciożerców dookoła mnie.
Jedynym moim celem jest Albus Dumbledore.
Tylko on.
Nikt więcej.
Poruszam się bardzo szybko i płynnie.
Nikt nie może mnie zatrzymać, zaś resztę zabijają z ogromną łatwością.
Wchodzę w grupkę z Zakonu i odrzucam ich zaklęciem.
Wbiegam na górę po schodach w ostatniej chwili.
Ten tchórz wołał Faweksa aby zniknąć.
-Avada Kedavra. - Mówię bez zająknięcia i jego ciało upada na posadzkę.
Jego twarz wyraża zdumienie i smutek.
Mam to wszystko w poważaniu.
Nie obchodzi mnie los innych.
Wyczarowuję Mroczny Znak nad Wieżą Astronomiczną.
Wdycham nieświeże powietrze przepełnione żalem, strachem, krwią i przerażeniem.
Chwilę potem na Wieżę wchodzi reszta śmierciożerców.
Idealnie żeby zobaczyć jak jednym kopnięciem zrzucam bezwładne ciało Albusa Dumbledore z Wieży Astronomicznej.
Wiwaty i śmiechy oraz wyzwiska unoszą się w powietrzu.
Bella tańczy taniec uradowanych kanibali śmiejąc się najgłośniej.
Jednak ja bez słowa przechodzę obok nich.
Chciałem tę szkołę prowadzić.
Za zabicie Dumbledore Czarny Pan obiecał mnie ogłosić jej dyrektorem.
Wychodzę z Wieży i aportuję się do Czarnego Pana.
Momentalnie klękam z uniżoną głową czekając na przyzwolenie.
-Widziałem Mroczny Znak nad Wieżą Astronomiczną. Nad miejscem gdzie wreszcie zginął Albus Dumbledore. Ten nieudacznik i parszywy miłośnik mugoli i szlam. - Wymawiał te słowa z pogardą patrząc jak z zielonej czaszki wydobywa się wąż i żyje własnym życiem na niebie. Wreszcie skierował swój wzrok na mnie.
-Wstań, Jack. - Mówi i bez mrugnięcia okiem wykonuję jego polecenie - Podejdź do mnie - Znów mechanicznie wykonuje polecenie.
Ten przykłada mi różdżkę do Mrocznego Znaku pod szatami i szepcze zaklęcia.
Czuję niewyobrażalny ból, ale moja twarz zostaje obojętna.
-Właśnie zostałeś moją Prawą Ręką i Dyrektorem Hogwartu. Rządź nim mądrze. I wytrenuj nasze armie.
-Dzięki Ci, Mój Panie. - Mówię kłaniając się nisko.
-Idź. Pilnuj swojej szkoły. Już jutro będzie odbudowana.
-Dziękuję, Panie. - Powtarzam i znikam.
-•-•-•-•-•-•-•-•-•-•-•-•-•-•-•-•-•-•-•-•-•-•-•-•-•-•-•-•-•-•-•-•-•-•-•-•-•-•-•-•-•-•-
Wyciągam głowę z myśloodlewni, a jednak Dumbledore przeżył i do nich dołączyłem.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz