wtorek, 8 marca 2016

Hogwart - Szkoła Magii i Czarodziejstwa. [P00]

Czasy Powojenne.

Zdziwiłem się otrzymując wiadomość o śmierci mojego kuzyna i Postrachu Hogwartu - Severusa Snape'a. Siedziałem na czarnym fotelu w oświetlonym jedną świeczką pokoju. W ręku trzymałem butelkę bursztynowego płynu, kojącego i pozwalającego zostać w błogiej nieświadomości.
-Dziwne. Severus nigdy nie dałby się zabić. - To mówiąc westchnąłem ciężko i wstałem z fotela kierując się do mojej pracowni. Zdziwiłem się jeszcze bardziej, kiedy okazało się, że Filius Flitwick i Albus Dumbledore również - Muszę się wreszcie wynieś stąd. - Wyjrzałem za okno widząc wesołe uliczki w Hiszpanii. Właśnie tam spędzałem swój czas wolny i miałem wykupione mieszkanie, co prawda w mugolskiej części, ale na szczęście nikt nie interweniował - Minerwa dyrektorem. Dodatkowo prosi mnie o zastąpienie mojego kuzyna, który poległ na bitwie. Zdumiewające. - Mruknąłem rozglądając się po wesoło skaczących dzieciach i po szczęśliwych rodzicach o czymś rozmawiających. Madryt był na prawdę pięknym miastem, a dodatkowo stolicą Hiszpanii - Gdybym kiedyś otrzymał taki list, pomyślałbym, że Minerwa upadła na głowę i się jej ostro poprzestawiało. Roześmiałem się ponuro do tych myśli i usiadłem na parapecie opierając głowę o framugę okna. Raz jeszcze przeczytałem list, napisany zgrabnym, pochyłym pismem:

Panie Greevile,
piszę do Pana z prośbą. Mianowicie, pod czas Bitwy o Hogwart
nasz jedyny Mistrz Eliksirów i jeżeli dobrze kojarzę Pański kuzyn
został zabity. Zwracam się do Pana z prośbą o przyjęcie stanowiska
Nauczyciela Eliksirów, wiem również, że ukończył Pan dwudziestoletni
staż u Starożytnego Alchemika, co również by bardzo pomogło. 
Po wojnie wiele osób umarło, w tym Filius Flitwick oraz 
Albus Dumbledore. Jeżeli zna Pan osobę, która nadawałaby się na
Nauczyciela Zaklęć i Uroków, proszę o poinformowanie mnie. 
                        
                               Dyrektor Szkoły Magii i Czarodziejstwa w Hogwarcie,
                                                                                   Minerwa McGonnagall.

Nie mogłem w to uwierzyć, że wygrali Bitwę, pomimo wielu strat i zniszczeń. No tak, jak to się mówi? W końcu wszystko ma swój ,,Happy End". Parsknąłem i pociągnąłem spory łyk z butelki z trunkiem. Właśnie, że nie wszystko. Na samym przykładzie mojego kuzyna, mogę temu zaprzeczyć.
Podszedłem do jednego z kociołków. Zastanawiałem się jaki eliksir zrobić, aby choć na chwilę zapomnieć o przykrym zdarzeniu. Po chwili namysłu zacząłem robić silniejszą wersję Eliksiru Zapomnienia. Przywołałem niezbędne składniki w tym samym czasie wyczarowując wodę w kociołku. Wszystko to robiłem magią bezróżdżkową, przywołałem nóż i mieszając w kociołku pierwsze składniki zacząłem przygotowywać kolejne miażdżąc, tnąc i rozcierając. Nie przerywa się mi w pracy, gdyż zwykle jeden najdrobniejszy błąd wystarczył, aby cały eliksir się zniszczył i nie był zdatny do użytku. Nie byłem również rozmowną osobą, co zostawiło po sobie papranie się w Starożytnej Alchemii. Podczas stażu nie mogłem odezwać się nawet słowem, gdyż nawet to, przeszkadzało w tworzeniu ich. Dodając ostatni składnik zamieszałem cztery razy w lewo za każdym razem poprzedzając to ruchem w prawo. Eliksir uzyskał fioletową barwę i jego powierzchnia lśniła.
Zadowolony z efektu przeciągnąłem się spoglądając na zegar. Była 16:26. Westchnąłem i zabrałem się za pisanie listu.

Nieeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeee

Nie. :-( Ja się nie nadaje do zawieszania i mam dla was informacje, że jestem. Będę i już nie odejdę. :-D Dość zawieszeń i usuwania.

środa, 2 marca 2016

Taka informacja.

 Rozdział na drugim blogu się pisze i powoli zaczyna się wcielać w to, czym miał być. Jednak myślę, że pojawi się dopiero w okolicach 10-11 marca. Mam zamiar pisać tam dosyć długie rozdziały, a samo ich sprawdzanie zajmuje trochę czasu. Tak, postanowiłam się ujawnić co do profilowego i lekkiego opisu mojej osoby. :-P Bycie anonimową jest trochę irytujące. I ja nie gryzę! O komentarze proszę! ;-)

Pozdrawiam,
Coyoteeeeeeeeeeee ~~!

piątek, 26 lutego 2016

Diablo - Taniec ze śmiercią. [P01]

   Powóz z czarnymi koniami sunął jak widmo po kamiennej drodze. Podskakiwał delikatnie na wybojach, ale postać siedząca w środku nic sobie z tego nie robiła. Siedziała i wpatrywała się w jedno miejsce za oknem. Widok nie był taki piękny jak za dnia w Akademii, ale to już zostawiam gustowi. Połamane wysuszone drzewa bez liści leżały na miejscu gdzie kiedyś za pewne był las, zniszczone domy, katedry, katakumby i nagrobki tylko potęgowały efekt. Koryto rzeki było wysuszone i popękane. Wreszcie postać powoli odwróciła wzrok na siedzącą przed nią Mistrzynię, patrzyła się na nią przenikliwym spojrzeniem, czuła, że coś jest nie tak jak być powinno. Tylko... Dlaczego jej o tym nie powiedziała? Bała się, że nie zaakceptuje, albo się wystraszy? Ona? Ta, która przez niemal całe życie walczy z depresją i jeszcze ani razu nie przegrała? Ona, której Aura Mocy przewyższała wielu Magów i Mistrzów? Niedorzeczne, ale czuła, że coś jest nie na rzeczy, a ona musiała wiedzieć co. Westchnęła i rzuciła się na Mistrzynię unieruchamiając jej głowę, tak, aby mogła patrzeć tylko na nią. Następnie poprzez spojrzenie wdarła się do jej myśli. Przeszukiwała gorliwie wspomnienia szukając tego jednego. Na początku próbowała się bronić, ale potem odpuściła. Tylko dlaczego? Wreszcie znalazła wspomnienie sprzed kilku dni.


Spadała, spadała, spadała, aż wreszcie spadła na posadzkę u Głównego Maga. Zobaczyła siedzącą przy jego biurku Mistrzynię i podeszła tam, czekając aż się odezwą. Pierwszy ciszę przerwał Mag, jak zawsze stanowczo przeszedł do Meritum:
-Cieszę się, że przybyłaś. Wiedz, że potrzebna mi twa pomoc. -Zaczął a jego wyraz twarzy momentalnie zmienił się na bardzo poważny - W Starym Tristram spadła gwiazda. Umarli zaczynają ożywać i atakować swoje rodziny. Dodatkowo, co mnie niepokoi wyczuwam moc Demonicznych Przedstawicieli Piekła. - Westchnął i wstał podchodząc do okna, podkreślone przez cienie pod oczami źrenice wyglądały okropnie. Szarawa skóra podkreślała jego wiek. Wyglądał jak chodząca śmierć i za pewne tak było. Wreszcie kontynuował - Jest jedna osoba z naszej Akademii, która jest dość silna, aby ich pokonać wraz z wysłanym tam krzyżowcem i łowcą demonów. Tylko Carmen Richards jest na tyle silna i potężna. - Odwrócił się widząc zdziwione spojrzenie mentorki dodał - I oczekuję, że przekonasz ją do wyjazdu. Na pewno nie zgodzi się i oczekuję, że nie powiesz jej szczegółów. To tyle. Możesz iść.

Wyszła z jej wspomnień i puściłam jej podbródek. Westchnęła i opadła na siedzenie zamykając oczy i trawiąc świeżo pozyskane informacje. Po dłuższej przerwie zapytała ochryple:
-Dlaczego? -Mistrzyni podniosła na nią wzrok zmieszana. Westchnęła i powiedziała;
-Rozkazy z Mistrzami są połączone Przysięgami. Jakbym ją złamała prawdopodobnie bym zginęła.
-Rozumiem... -Powiedziała i w tym momencie powóz zatrzymał się kilka metrów przed bramą do Starego Tristram. Skinęła głową do Mistrzyni i wyszła z bagażem na zimny wieczór. 

czwartek, 25 lutego 2016

Diablo - Taniec ze śmiercią. Czyli słowem wstępu [P00]

   -Carmen! -Zawołała mentorka siadając wygodniej w fotelu i poprawiając lekko pogniecioną szatę. Splata palce i kładzie ręce na blacie biurka, za którym siedzi. Spogląda za okno a za nim widać rozległe doliny i góry otaczające Akademię. Pośrodku tego krajobrazu obok drzew wiśni sunie leniwie rzeczka szumiąc w rytm świergotania ptaków. Piękny widok rozciągał się kilometry dookoła tego miejsca, każdy z Adeptów, jak i Magów mogli poruszać się tylko po wyznaczonym obszarze, gdyż nie mogli ujawnić swojej magii. No chyba, że wybierali się na misje a zapowiadało się, że Carmen raczej na taką wyruszy. Jeszcze nigdy Mistrzyni Uroków i Tajemnej Mocy nie była taka poważna, zwykle zawsze obecny i powszechny uśmiech gościł na jej twarzy zmieniając momentalnie panujący w danym pomieszczeniu nastrój. Teraz była zamyślona i non stop spoglądała za okno, głęboko o czymś myśląc. Wreszcie do pokoju weszła powolnym krokiem zawołana postać. Magia buchnęła po pokoju i Aura Mocy widoczna dookoła niej zdradzała, że jest to potężna osoba. 
-Wołałaś, Pani? -Zapytała kłaniając się nisko, a jej czarne włosy z czerwonymi pasemkami zasłoniły jej twarz. Aura przybrała szkarłatny kolor i zaczęła skapywać jak krew momentalnie zmieniając się w krwisty czerwień. 
-Tak, Carmen. Usiądź proszę. - Odezwała się wskazując głową miejsce przed biurkiem. Wywołana wyprostowała się i usiadła na beżowym fotelu naprzeciwko niej. Głowę miała skierowaną na Mistrzynię, ale patrzyła zupełnie w inną stronę. Powoli przestąpiła wzrokiem na nią i skinęła głową, aby kontynuowała. Ta niepewnie zaczęła:
-Pochwalam wybór, Ciebie Carmen, na Maga Krwi. Oczywiście gratulację z tej okazji ci się należą. -Ta skinęła głową.
-Przejdź proszę do Meritum, dzisiaj słyszałam takich gratulacji co najmniej ze sto. -Skrzywiła się a tamta westchnęła i kontynuowała.
-Jak wiesz na Stare Tristram spadła Gwiazda. Nikt inny nie analizował gwiazd tak gorliwie i zacięcie jak ty. -Zatrzymała i popatrzyła w srebrne oczy Maga Krwi. Ta uśmiechnęła się lekko - I chciałabym, abyś przybyła do Starego Tristram i przyjrzała się temu z bliska.
-Dziękuję, Pani. Z chęcią tam pojadę. - Tu uśmiechnęła się choć oczy i tak pozostawały bez wyrazu - Na kiedy mam być gotowa do drogi?
-Na jutro wieczór, -Odparła zadowolona i w duchu westchnęła. Wiedziała, że Carmen jest bardzo trudno przekonać do jakichkolwiek rozkazów i gratulowała sobie w duchu, że nie powiedziała po co na prawdę ma tam pojechać. Wyjaśniła sobie wcześniej z Głównym Magiem, że ma nic nie wiedzieć. Jednak chwilę potem poczuła jak ta wchodzi do jej umysłu i delikatnie przesuwa wspomnienia. Zablokowała to bardzo szybko i uśmiechnęła się do niej. Ta za to uśmiechnęła się ironicznie i skinęła głową podnosząc się, a następnie wychodząc. Moc wyczuwalna w powietrzu momentalnie zniknęła. Ta pozwoliła sobie westchnąć i opaść w fotelu. Czuła się okropnie kłamiąc i udając, że wszystko jest w porządku. 

niedziela, 21 lutego 2016

Ostatnia bitwa. Verfrasso i jego wróg - Maelchar. [P06] ENDING!

   Wyleciałem przez otwarte drzwi na pole bitwy. Wylądowałem na pobliskiej Kopule Walki, faktycznie nie wyglądało to na dobre dla Aniołów losy. Jak się okazało Maelchar odważył się użyć demonów do walki z Aniołami. Po chwili dołączyli do mnie inni Aniołowie Mocy jak i Anielscy Wojownicy. Stanąłem na czele wywijając kosą pomiędzy palcami i podrzucając ją od czasu do czasu. Następnie odbiłem się i pomknąłem w stronę Demonicznej Zapory rozwalając ją aurą wytworzoną przeze mnie, otworzyło to nam drogę na dalsze Pole Bitwy. Rzuciłem się do przodu wycinając przeciwników i odsyłając ich dusze tam, skąd przybyli. Zobaczyłem Demoniczny Pomiot, który niósł na swym grzbiecie Zdrajcę Aniołów Kłamstwo. Odbiłem się nogami od podłoża i poszybowałem w tamtym kierunku po drodze rzucając jeszcze kosą na Demoniczne Oddziały i łapiąc ją z powrotem.

   Byłem skoncentrowany na tylko jednej rzeczy - aby zabić ich wszystkich i tym samym odkupić wolność Niebios. Pobiegłem za Kłamstwem skręcając wieloma korytarzami i wybijając większość demonów. Wreszcie dogoniłem go i skrzyżowałem swoją broń z jego. Nasze twarze oddzielone były kilkoma centymetrami.
-Zabiję cię choćby to kosztowało opóźnienia! To ty nakłamałeś Maelchowi, że jestem niebezpieczeństwem! - Warknąłem odpychając go na ścianę, która pod jego ciężarem zniszczyła się i przeleciał przez nią. Następnie przeszedłem przez nią i stanąłem nad nim. Próbował się podnieść, ale zachwiał się i upadł. Bez litości odbiłem się od ziemi i zaszarżowałem w jego kierunku przebijając się przez cały budynek. Ten miał przerażenie widoczne w oczach, bał się o siebie.
-Zdrady nigdy się nie wybacza, - Powiedziałem - zdrajcy muszą zostać unicestwieni. - Odepchnąłem go raz jeszcze, tyle, że tym razem w powietrzu - Nightmare Bite, śmiertelna broń. - Dodałem i aktywowałem swoją broń. Dwa małe sztylety, ale o zabójczych właściwościach. Zniknąłem a dookoła nas pojawiła się czarna energia, która przysłoniła cały widok. W niej przeciwnik widział tylko na metr do przodu. Po chwili w ciemności wyłoniła się iluzja powiększająca moje oczy. Krzyże obróciły się w bok i zaczęły okręcać się, przejmowałem kontrolę nad jego umysłem.

Zabij się. - Krótkie polecenie rozbrzmiało echem w jego głowie.

   Zaczął drżącą ręką unosić miecz, ale widać było, że nie robi tego z własnej woli. Zaczął krzyczeć, kiedy miecz dotknął jego ramienia, przełamał pierwsze polecenie, ale nadal był poraniony. Wściekły zaczął atakować powietrze. Aktywowałem kolejną iluzję. Pojawiłem się dookoła niego. Zaczął szarżować i przecinać iluzję. Te jednak z chichotem miliona głosów znikały zamieniając się w dym. Nie dał za wygraną i zaszarżował na kolejną iluzję, z daleka poszerzyła oczy i samym spojrzeniem odgoniła go. W tym samym czasie z lekkim świstem powietrza pojawiłem się za nim i wbiłem sztylet w serce demona.
-Zdrada nigdy nie zostanie wybaczona. Zdrajcy ponoszą konsekwencje swych czynów. -Mówiłem i przekręcałem ostrze. Dym opadł ukazując dosyć ciekawy widok. Anioł Śmierci unieruchamiający jedną ręką dłoń z mieczem Kłamstwa a drugą wbijający i przekręcający ostrze Nightmare Bite. Czarna krew ciekła z jego serca opadając na Pole Walki. Popadałem w Ferwor Walki. Po chwili dołączyłem drugie ostrze i rozerwałem go na dwie części dopełniając Rytuału Zdrady.
-Zdrada poniosła konsekwencję. Zapłata w postaci krwi została przyjęta. Dusza Zdrajcy została unicestwiona. -Mówiłem i uderzyłem dwoma ostrzami o siebie, pociekło więcej czarnej krwi. Machnąłem jednym z nich w powietrzu przecinając jego duszę na miliony kawałeczków, które po chwili zniknęły. Wylądowałem na Polu Bitwy i pognałem do przodu wycinając kolejne fale Demonicznych Armii. Po chwili pojawiły się dwie postacie i przycisnęły mnie do ściany. Próbowałem się wyrwać, ale naparły mocniej. Poznałem dwie twarze - Bloody i Ryo.
-Co?... Jak?... - Powiedziałem z niedowierzaniem. Bloody zaśmiała się i puściła mnie.
-Myślałeś, że zostawimy cię samego w Dzień Walki? Tu się ostro pomyliłeś. Nie uważacie, że to pora aktywować Moc Trójcy? -Zapytała odsłaniając poranione ramię. Z pod krwi widoczny był tatuaż czaszki z trzema kryształami. Ryo puściła mnie.
-Nie popadaj w Ferwor. To nigdy nie pomaga.
Zamknąłem oczy uspokajając oddech aż wreszcie zatrzymał się. Aura Mocy wytworzyła się dookoła mnie dodając mi sił. Moc Trójcy została aktywowana. Po chwili Ryo i Bloody otrzymały Elektryczne Skrzydła. Otworzyłem oczy i ruszyliśmy zgodnie do walki. Po chwili na wieży zobaczyłem Mealchara.
-Zawracać! -Usłyszałem.
-Na niego! -Zawołałem do Armii Aniołów. Demony zostały wybite i jedynie Mistrzowie Ciemności pozostali na naszej drodze. Odepchnęliśmy się od ziemi szarżując do przodu. Przyśpieszyłem i zacząłem rozwalać ściany i podłogi. Przez nie widziałem duszę Maelchara. Po chwili wyłoniliśmy się na Klifie Śmierci. Maelchar próbował rozpaczliwie znaleźć jakąś drogę ucieczki, ale nie udało mu się to. Po chwili dołączyli do nas Aniołowie Mocy a za nimi Armia Aniołów. Ku zaskoczeniu wszystkich odepchnąłem Bloody i Ryo od siebie.
-To moja walka. -Powiedziałem - Niech mi nikt nie przeszkadza. Pakt krwi, który został zawarty w tamten dzień musi się dopełnić. - Odwróciłem się w stronę Maelchara. Przysłonił twarz kapturem i wyciągnął swój miecz. Okrążyliśmy siebie, a następnie nic nie spodziewającego się przeciwnika otoczyłem czarnym dymem Nightmare Bite.
-Tchórz! -Zawołał.
-Ja nie tchórzę, ja walczę. - Odparłem i pojawiłem się za nim. Był szybki i zablokował atak. Znowu zniknąłem i pojawiłem się w towarzystwie kilku iluzji. Zaatakowałem go z zaskoczenia raniąc mu rękę. Wrzasnął z bólu, ale się nie poddał. Chwilę potem aktywowałem iluzję raz jeszcze. Zaraz potem poczułem jak wbija swój miecz w moje serce.
-Cho- ler- a. -Wysapałem czując jak krew wycieka z rany. Krzyknąłem z bólu kiedy wbił swoją rękę. Zdążyłem spojrzeć mu w oczy.

   Skrz- ywd- ź się. - Udało mi się. Wyciągnął swój miecz i odciął sobie ramię krzycząc. Dym opadł, a ja sam oparłem się na kosie. Dyszałem ciężko i patrzyłem się na niego z nienawiścią. Zerwał pierwszy rozkaz i złapał się za krwawiącą pozostałość ręki. Po chwili zaszarżował na mnie i znowu przebił mnie mieczem, tym razem w ramię. Znów wrzasnąłem z bólu i ku zaskoczeniu reszty przesunąłem się wbijając jego miecz głębiej. Wyciągnąłem swoją kosę i przeciąłem go butem zrzucając go z Klifu. Nie zdążyłem. Poczułem się słabo i upadłem. Jego ostrze nadal znajdowało się w moim ramieniu.

   -Z- a wa- s - Wysapałem cicho - Wszy -stkich. - Ciemność. Ból. A zaraz potem krzyki i szlochy.

-VERFRASSO! NIEEE! -Usłyszałem krzyk, znajomy głos? Jeremy?! Jak?!
-Verfrasso... Błagam nie odchodź... -To Bloody...
-Verfrasso, nie zostawiaj nas... - Ryo?...

Szarpnąłem i poczułem okropny ból.

-Jer- emy. Zastą- p mn- ie... Bła- g- am. -Powiedziałem i wciągnąłem powietrze. Mój ostatni oddech...

Ciemność.

•••••• KONIEC ••••••

piątek, 19 lutego 2016

Verfrasso i jego podróż do nieśmiertelności. cz.2 [P05]

Po nieprzespanej, z powodu szukania informacji o Aniołach, nocy Verfrasso wstał około godziny czternastej. Ubrał się i jak zwykle wyszedł ze swojej sypialni. Wszedł witając się z lokajem i przecierając oczy usiadł na swoim zwykłym miejscu w fotelu w salonie. Wyciągnął notatnik i zapisał w nim potrzebne dla siebie informacje.

1. Pamiętam miejsce gdzie spadłem z Klifu Śmierci. To było w Kanadzie. (Nie wiem dlaczego tam był Dumbledore, ale to już szczegół).
2. Muszę pozbierać kawałki mojej dawnej broni, jak wiem, nadal tam leżą, czuję to. 
3. Skrzydła mogę dostać tylko wtedy, kiedy zobaczę Tyraeal i Leanivie... Przynajmniej tak czytałem. 
4. Dowiedziałem się, że aktualnym Aniołem Życia jest jakiś Illorfen. Nie ważne, mam go poznać po czarnych i podniszczonych skrzydłach. Ciekawe. 

SPOTAKNIE 24:00 W TAMTYM MIEJSCU. 

-Jeremy! -Zawołałem do lokaja cierpliwie czekając, aż się zjawi. Po chwili pojawił się - Posłuchaj mnie teraz uważnie. -Westchnąłem i skierowałem wzrok na notatnik leżący na stole - Nie będzie mnie już w tym domu. Oddaję ci go. Wyjeżdżam i raczej tutaj nie wrócę. - Tu spojrzałem na zszokowanego lokaja i uśmiechnąłem się - Usunąłem wszystkie osobiste rzeczy i dom jest do twojej, jak i twojej rodziny, dyspozycji... Raczej nie będzie mi już potrzebny. - Odparłem spokojnie i podszedłem do kominka patrząc się w ogień. Po chwili lokaj rzucił się na mnie i przytulił mnie. Zdrętwiały poklepałem go po plecach - Nie rozmarz mi się tu. -Powiedziałem rozbawiony - Traktowałem cię jak brata przez długi czas wiem, ale nie klej mi się do nowego płaszcza proszę... - Westchnąłem i przytuliłem go zaraz potem, był ode mnie o całą głowę niższy.
-Będę tęsknić. -Odparł uśmiechając się.
-Za czym? Za nieznośnym panem, który wzywał cię, bo tak? Albo po to, aby ci zawrócić głowę? Nie masz za czym, Jeremy. Na prawdę. Ja już nie mam zamiaru wrócić. -Stwierdziłem i skinąłem mu na pożegnanie. Po chwili pojawiłem się w Kanadzie. Westchnąłem i ruszyłem ulicami miasta, aby odszukać wielki krater, który sam kiedyś spowodowałem. Szedłem tak rozglądając się po kolorowych wystawach i bogato zdobionych domach w centrum miasta, w którym się znajdowałem. Jak zawsze wpadłem w oko wielu kobietą i padłem ofiarą zazdrosnych spojrzeń mężczyzn. Westchnąłem i ruszyłem przed siebie nie patrząc na boki. Irytowały mnie ciekawskie spojrzenia, ale nie okazywałem tego. Skręciłem w alejkę pozwalającą wyjść z miasta i po godzinie wędrówki dotarłem do krateru. Skoczyłem w dół rzucając zaklęcie niwelujące upadek. Ten miał ze sto metrów wysokości a szeroki był jak na oko na dwadzieścia. Na podłożu emanowała blaskiem dziwna esencja, która po zbadaniu okazywała się esencją Aniołów. Odnalazłem części broni i złożyłem ją za pomocą reparo. Jednak wiedziałem, że będzie potrzebna do tego wyczuwalna Anielska Aura z tego, kto ją posiadał.

Po trzech godzinach zapadł zmrok a zaraz po tym, równo o dwudziestej czwartej zjawił się wyznaczony wcześniej Anioł. Był to zwykły Anielski Wojownik.
-Witaj Verfrasso. Dawno nikt z nas cię nie widział, myśleliśmy żeś umarł.
-Witam, Aniele. Nie znane mi twe imię, ale wiedz jednak, że żyję i mam się dobrze jak możesz zobaczyć. - Uśmiechnąłem się - A jak z portalem?
-Za chwilę powinien się aktywować. - Odparł - A, że wolno mi zapytać. Odnalazłeś swoją broń Nightmare Bite?
-Tak, leżała w szczątkach w kraterze, domyślam się, że będzie potrzebowała udowodnienia, że to ja. Powoli wspomnienia mi wracają i myślę, że przebywanie w Świętym Świecie przywróci mi skrzydła.
-Również tak uważam. - Zawahał się co było widoczne w jego ruchach - A... Czy pamiętasz o swojej zdolności?
-O czym mowa? -Odparłem szczerze zdziwiony.
-Twoje oczy. -Tutaj spojrzał na mnie niepewnie - Kiedyś potrafiłeś kontrolować wolną wolę człowieczą jak i Anielską oraz Demoniczną.
-Hm, szczerze odpowiem ci, ale nie pamiętam tego. Może kiedy wejdę do Złotej Sprawiedliwości przypomnę to sobie.
-Rozumiem. Portal już się aktywował, szybko zanim nas ktoś zobaczy. -Powiedział i wraz z nim weszliśmy do portalu. Poczułem się dość dziwnie, jakby coś wymagało się wypuszczenia po latach. Nagle z moich pleców wyrosły czarne, podniszczone skrzydła, z których spadały pióra. Moje oczy zabłysnęły starym światłem i krzyże zmieniły się na czarne. Moje ubranie zmieniło się w czarny płaszcz z kapturem nasuniętym na głowę, ale tak, aby widać było twarz. Moja broń - dotychczas zwykły czarny kijek zmienił się w potężną kosę. Dodatkowo zostały ukryte w rękawicach dwa, koso podobne sztylety. Fiolet w moich oczach zabłysnął i zmienił się w turkus, dodatkowo ze mnie zaczęła wydobywać się potężna aura również w kolorze turkusu. Skóra stała się biała i wyróżniała się na tle czarnych ubrań. Czarne trapery, które dotychczas nosiłem zmieniły się w czarne męskie kozaki. Na moich dłoniach, plecach, ramionach i piersi pojawiły się przeróżne tatuaże. We brwi, wargach typu snake bites i monroe oraz w jednym uchu trzy pojawiły się kolczyki. Pojawiły się czarne sygnety z onyksem i napis : L O S T    S O U L na palcach. Mój głos zmienił się na taki, jakby mówiło tysiąc dusz. Widziałem również dziwną czarną aurę na wszystkim, oraz mogłem zobaczyć dusze umarłych chodzące po niebie. Wzdrygnąłem się, ale po chwili przyzwyczaiłem się i popatrzyłem na efekty zmian. Anioł Wojownik, również zdziwił się i nawet tego nie ukrywał. Ruszyłem zostawiając go z tyłu, po chwili ocknął się na dźwięk kroków roznoszących się po srebrnej posadce. Moje wspomnienia wróciły i doskonale wszystko pamiętałem.  -Maelchar... - Pomyślałem - To on mnie próbował zabić.
Stanąłem w miejscu czekając aż ten wyjdzie przede mnie. Zaczął mnie prowadzić do Złotej Sprawiedliwości, gdzie czekali wszyscy ocalali. Pchnął złote drzwi ukryte dość dobrze w Wielkim Moście i przepuścił mnie. Po chwili wszedłem do środka. Stanąłem rozglądając się po twarzach wybitnie zdziwionych Aniołów.
-Mogliście lepiej ukryć te drzwi. To by było za łatwe. -Powiedziałem a mój głos rozniósł się echem po ścianach. Po chwili podeszli do mnie moi rodzice.
-Nie mogę w to uwierzyć. Verfrasso! Nie widzieliśmy cię ponad czternaście lat!
-No może dlatego, matko, że pewien parszywiec zepchnął mnie z Klifu Śmierci i myślał, że mnie zabije, ale jak widać nie udało mu się to. -Odparłem rozbawiony.
-Jak zawsze ironiczny i arogancki, takim cię zapamiętałam.
-Ha Ha Ha Ha Ha Ha. -Mruknąłem - A jaki mam być? Potulny jak owieczka? A może miękki i łagodny jak baranek, hę? -Powiedziałem i roześmiałem się przytulając dwójkę rodziców.
-Raczej czarny baranek. -Wciął się Tyrael uśmiechając się.
-Dobrze powiedziane, ale nie po to tu jestem. Idę zabić tego bydlaka i jak chcecie to chodźcie ze mną. -Powiedziałem dość głośno - Jak pamiętam wasza ostatnia motywacja i jedyna nadzieja uciekła jak zwykły tchórz! Zaraz potem zginęła a wy raczej nie chcielibyście podzielić jej losu! Do broni! -Zawołałem i wyleciałem w powietrze.