środa, 2 marca 2016

Taka informacja.

 Rozdział na drugim blogu się pisze i powoli zaczyna się wcielać w to, czym miał być. Jednak myślę, że pojawi się dopiero w okolicach 10-11 marca. Mam zamiar pisać tam dosyć długie rozdziały, a samo ich sprawdzanie zajmuje trochę czasu. Tak, postanowiłam się ujawnić co do profilowego i lekkiego opisu mojej osoby. :-P Bycie anonimową jest trochę irytujące. I ja nie gryzę! O komentarze proszę! ;-)

Pozdrawiam,
Coyoteeeeeeeeeeee ~~!

piątek, 26 lutego 2016

Diablo - Taniec ze śmiercią. [P01]

   Powóz z czarnymi koniami sunął jak widmo po kamiennej drodze. Podskakiwał delikatnie na wybojach, ale postać siedząca w środku nic sobie z tego nie robiła. Siedziała i wpatrywała się w jedno miejsce za oknem. Widok nie był taki piękny jak za dnia w Akademii, ale to już zostawiam gustowi. Połamane wysuszone drzewa bez liści leżały na miejscu gdzie kiedyś za pewne był las, zniszczone domy, katedry, katakumby i nagrobki tylko potęgowały efekt. Koryto rzeki było wysuszone i popękane. Wreszcie postać powoli odwróciła wzrok na siedzącą przed nią Mistrzynię, patrzyła się na nią przenikliwym spojrzeniem, czuła, że coś jest nie tak jak być powinno. Tylko... Dlaczego jej o tym nie powiedziała? Bała się, że nie zaakceptuje, albo się wystraszy? Ona? Ta, która przez niemal całe życie walczy z depresją i jeszcze ani razu nie przegrała? Ona, której Aura Mocy przewyższała wielu Magów i Mistrzów? Niedorzeczne, ale czuła, że coś jest nie na rzeczy, a ona musiała wiedzieć co. Westchnęła i rzuciła się na Mistrzynię unieruchamiając jej głowę, tak, aby mogła patrzeć tylko na nią. Następnie poprzez spojrzenie wdarła się do jej myśli. Przeszukiwała gorliwie wspomnienia szukając tego jednego. Na początku próbowała się bronić, ale potem odpuściła. Tylko dlaczego? Wreszcie znalazła wspomnienie sprzed kilku dni.


Spadała, spadała, spadała, aż wreszcie spadła na posadzkę u Głównego Maga. Zobaczyła siedzącą przy jego biurku Mistrzynię i podeszła tam, czekając aż się odezwą. Pierwszy ciszę przerwał Mag, jak zawsze stanowczo przeszedł do Meritum:
-Cieszę się, że przybyłaś. Wiedz, że potrzebna mi twa pomoc. -Zaczął a jego wyraz twarzy momentalnie zmienił się na bardzo poważny - W Starym Tristram spadła gwiazda. Umarli zaczynają ożywać i atakować swoje rodziny. Dodatkowo, co mnie niepokoi wyczuwam moc Demonicznych Przedstawicieli Piekła. - Westchnął i wstał podchodząc do okna, podkreślone przez cienie pod oczami źrenice wyglądały okropnie. Szarawa skóra podkreślała jego wiek. Wyglądał jak chodząca śmierć i za pewne tak było. Wreszcie kontynuował - Jest jedna osoba z naszej Akademii, która jest dość silna, aby ich pokonać wraz z wysłanym tam krzyżowcem i łowcą demonów. Tylko Carmen Richards jest na tyle silna i potężna. - Odwrócił się widząc zdziwione spojrzenie mentorki dodał - I oczekuję, że przekonasz ją do wyjazdu. Na pewno nie zgodzi się i oczekuję, że nie powiesz jej szczegółów. To tyle. Możesz iść.

Wyszła z jej wspomnień i puściłam jej podbródek. Westchnęła i opadła na siedzenie zamykając oczy i trawiąc świeżo pozyskane informacje. Po dłuższej przerwie zapytała ochryple:
-Dlaczego? -Mistrzyni podniosła na nią wzrok zmieszana. Westchnęła i powiedziała;
-Rozkazy z Mistrzami są połączone Przysięgami. Jakbym ją złamała prawdopodobnie bym zginęła.
-Rozumiem... -Powiedziała i w tym momencie powóz zatrzymał się kilka metrów przed bramą do Starego Tristram. Skinęła głową do Mistrzyni i wyszła z bagażem na zimny wieczór. 

czwartek, 25 lutego 2016

Diablo - Taniec ze śmiercią. Czyli słowem wstępu [P00]

   -Carmen! -Zawołała mentorka siadając wygodniej w fotelu i poprawiając lekko pogniecioną szatę. Splata palce i kładzie ręce na blacie biurka, za którym siedzi. Spogląda za okno a za nim widać rozległe doliny i góry otaczające Akademię. Pośrodku tego krajobrazu obok drzew wiśni sunie leniwie rzeczka szumiąc w rytm świergotania ptaków. Piękny widok rozciągał się kilometry dookoła tego miejsca, każdy z Adeptów, jak i Magów mogli poruszać się tylko po wyznaczonym obszarze, gdyż nie mogli ujawnić swojej magii. No chyba, że wybierali się na misje a zapowiadało się, że Carmen raczej na taką wyruszy. Jeszcze nigdy Mistrzyni Uroków i Tajemnej Mocy nie była taka poważna, zwykle zawsze obecny i powszechny uśmiech gościł na jej twarzy zmieniając momentalnie panujący w danym pomieszczeniu nastrój. Teraz była zamyślona i non stop spoglądała za okno, głęboko o czymś myśląc. Wreszcie do pokoju weszła powolnym krokiem zawołana postać. Magia buchnęła po pokoju i Aura Mocy widoczna dookoła niej zdradzała, że jest to potężna osoba. 
-Wołałaś, Pani? -Zapytała kłaniając się nisko, a jej czarne włosy z czerwonymi pasemkami zasłoniły jej twarz. Aura przybrała szkarłatny kolor i zaczęła skapywać jak krew momentalnie zmieniając się w krwisty czerwień. 
-Tak, Carmen. Usiądź proszę. - Odezwała się wskazując głową miejsce przed biurkiem. Wywołana wyprostowała się i usiadła na beżowym fotelu naprzeciwko niej. Głowę miała skierowaną na Mistrzynię, ale patrzyła zupełnie w inną stronę. Powoli przestąpiła wzrokiem na nią i skinęła głową, aby kontynuowała. Ta niepewnie zaczęła:
-Pochwalam wybór, Ciebie Carmen, na Maga Krwi. Oczywiście gratulację z tej okazji ci się należą. -Ta skinęła głową.
-Przejdź proszę do Meritum, dzisiaj słyszałam takich gratulacji co najmniej ze sto. -Skrzywiła się a tamta westchnęła i kontynuowała.
-Jak wiesz na Stare Tristram spadła Gwiazda. Nikt inny nie analizował gwiazd tak gorliwie i zacięcie jak ty. -Zatrzymała i popatrzyła w srebrne oczy Maga Krwi. Ta uśmiechnęła się lekko - I chciałabym, abyś przybyła do Starego Tristram i przyjrzała się temu z bliska.
-Dziękuję, Pani. Z chęcią tam pojadę. - Tu uśmiechnęła się choć oczy i tak pozostawały bez wyrazu - Na kiedy mam być gotowa do drogi?
-Na jutro wieczór, -Odparła zadowolona i w duchu westchnęła. Wiedziała, że Carmen jest bardzo trudno przekonać do jakichkolwiek rozkazów i gratulowała sobie w duchu, że nie powiedziała po co na prawdę ma tam pojechać. Wyjaśniła sobie wcześniej z Głównym Magiem, że ma nic nie wiedzieć. Jednak chwilę potem poczuła jak ta wchodzi do jej umysłu i delikatnie przesuwa wspomnienia. Zablokowała to bardzo szybko i uśmiechnęła się do niej. Ta za to uśmiechnęła się ironicznie i skinęła głową podnosząc się, a następnie wychodząc. Moc wyczuwalna w powietrzu momentalnie zniknęła. Ta pozwoliła sobie westchnąć i opaść w fotelu. Czuła się okropnie kłamiąc i udając, że wszystko jest w porządku. 

niedziela, 21 lutego 2016

Ostatnia bitwa. Verfrasso i jego wróg - Maelchar. [P06] ENDING!

   Wyleciałem przez otwarte drzwi na pole bitwy. Wylądowałem na pobliskiej Kopule Walki, faktycznie nie wyglądało to na dobre dla Aniołów losy. Jak się okazało Maelchar odważył się użyć demonów do walki z Aniołami. Po chwili dołączyli do mnie inni Aniołowie Mocy jak i Anielscy Wojownicy. Stanąłem na czele wywijając kosą pomiędzy palcami i podrzucając ją od czasu do czasu. Następnie odbiłem się i pomknąłem w stronę Demonicznej Zapory rozwalając ją aurą wytworzoną przeze mnie, otworzyło to nam drogę na dalsze Pole Bitwy. Rzuciłem się do przodu wycinając przeciwników i odsyłając ich dusze tam, skąd przybyli. Zobaczyłem Demoniczny Pomiot, który niósł na swym grzbiecie Zdrajcę Aniołów Kłamstwo. Odbiłem się nogami od podłoża i poszybowałem w tamtym kierunku po drodze rzucając jeszcze kosą na Demoniczne Oddziały i łapiąc ją z powrotem.

   Byłem skoncentrowany na tylko jednej rzeczy - aby zabić ich wszystkich i tym samym odkupić wolność Niebios. Pobiegłem za Kłamstwem skręcając wieloma korytarzami i wybijając większość demonów. Wreszcie dogoniłem go i skrzyżowałem swoją broń z jego. Nasze twarze oddzielone były kilkoma centymetrami.
-Zabiję cię choćby to kosztowało opóźnienia! To ty nakłamałeś Maelchowi, że jestem niebezpieczeństwem! - Warknąłem odpychając go na ścianę, która pod jego ciężarem zniszczyła się i przeleciał przez nią. Następnie przeszedłem przez nią i stanąłem nad nim. Próbował się podnieść, ale zachwiał się i upadł. Bez litości odbiłem się od ziemi i zaszarżowałem w jego kierunku przebijając się przez cały budynek. Ten miał przerażenie widoczne w oczach, bał się o siebie.
-Zdrady nigdy się nie wybacza, - Powiedziałem - zdrajcy muszą zostać unicestwieni. - Odepchnąłem go raz jeszcze, tyle, że tym razem w powietrzu - Nightmare Bite, śmiertelna broń. - Dodałem i aktywowałem swoją broń. Dwa małe sztylety, ale o zabójczych właściwościach. Zniknąłem a dookoła nas pojawiła się czarna energia, która przysłoniła cały widok. W niej przeciwnik widział tylko na metr do przodu. Po chwili w ciemności wyłoniła się iluzja powiększająca moje oczy. Krzyże obróciły się w bok i zaczęły okręcać się, przejmowałem kontrolę nad jego umysłem.

Zabij się. - Krótkie polecenie rozbrzmiało echem w jego głowie.

   Zaczął drżącą ręką unosić miecz, ale widać było, że nie robi tego z własnej woli. Zaczął krzyczeć, kiedy miecz dotknął jego ramienia, przełamał pierwsze polecenie, ale nadal był poraniony. Wściekły zaczął atakować powietrze. Aktywowałem kolejną iluzję. Pojawiłem się dookoła niego. Zaczął szarżować i przecinać iluzję. Te jednak z chichotem miliona głosów znikały zamieniając się w dym. Nie dał za wygraną i zaszarżował na kolejną iluzję, z daleka poszerzyła oczy i samym spojrzeniem odgoniła go. W tym samym czasie z lekkim świstem powietrza pojawiłem się za nim i wbiłem sztylet w serce demona.
-Zdrada nigdy nie zostanie wybaczona. Zdrajcy ponoszą konsekwencje swych czynów. -Mówiłem i przekręcałem ostrze. Dym opadł ukazując dosyć ciekawy widok. Anioł Śmierci unieruchamiający jedną ręką dłoń z mieczem Kłamstwa a drugą wbijający i przekręcający ostrze Nightmare Bite. Czarna krew ciekła z jego serca opadając na Pole Walki. Popadałem w Ferwor Walki. Po chwili dołączyłem drugie ostrze i rozerwałem go na dwie części dopełniając Rytuału Zdrady.
-Zdrada poniosła konsekwencję. Zapłata w postaci krwi została przyjęta. Dusza Zdrajcy została unicestwiona. -Mówiłem i uderzyłem dwoma ostrzami o siebie, pociekło więcej czarnej krwi. Machnąłem jednym z nich w powietrzu przecinając jego duszę na miliony kawałeczków, które po chwili zniknęły. Wylądowałem na Polu Bitwy i pognałem do przodu wycinając kolejne fale Demonicznych Armii. Po chwili pojawiły się dwie postacie i przycisnęły mnie do ściany. Próbowałem się wyrwać, ale naparły mocniej. Poznałem dwie twarze - Bloody i Ryo.
-Co?... Jak?... - Powiedziałem z niedowierzaniem. Bloody zaśmiała się i puściła mnie.
-Myślałeś, że zostawimy cię samego w Dzień Walki? Tu się ostro pomyliłeś. Nie uważacie, że to pora aktywować Moc Trójcy? -Zapytała odsłaniając poranione ramię. Z pod krwi widoczny był tatuaż czaszki z trzema kryształami. Ryo puściła mnie.
-Nie popadaj w Ferwor. To nigdy nie pomaga.
Zamknąłem oczy uspokajając oddech aż wreszcie zatrzymał się. Aura Mocy wytworzyła się dookoła mnie dodając mi sił. Moc Trójcy została aktywowana. Po chwili Ryo i Bloody otrzymały Elektryczne Skrzydła. Otworzyłem oczy i ruszyliśmy zgodnie do walki. Po chwili na wieży zobaczyłem Mealchara.
-Zawracać! -Usłyszałem.
-Na niego! -Zawołałem do Armii Aniołów. Demony zostały wybite i jedynie Mistrzowie Ciemności pozostali na naszej drodze. Odepchnęliśmy się od ziemi szarżując do przodu. Przyśpieszyłem i zacząłem rozwalać ściany i podłogi. Przez nie widziałem duszę Maelchara. Po chwili wyłoniliśmy się na Klifie Śmierci. Maelchar próbował rozpaczliwie znaleźć jakąś drogę ucieczki, ale nie udało mu się to. Po chwili dołączyli do nas Aniołowie Mocy a za nimi Armia Aniołów. Ku zaskoczeniu wszystkich odepchnąłem Bloody i Ryo od siebie.
-To moja walka. -Powiedziałem - Niech mi nikt nie przeszkadza. Pakt krwi, który został zawarty w tamten dzień musi się dopełnić. - Odwróciłem się w stronę Maelchara. Przysłonił twarz kapturem i wyciągnął swój miecz. Okrążyliśmy siebie, a następnie nic nie spodziewającego się przeciwnika otoczyłem czarnym dymem Nightmare Bite.
-Tchórz! -Zawołał.
-Ja nie tchórzę, ja walczę. - Odparłem i pojawiłem się za nim. Był szybki i zablokował atak. Znowu zniknąłem i pojawiłem się w towarzystwie kilku iluzji. Zaatakowałem go z zaskoczenia raniąc mu rękę. Wrzasnął z bólu, ale się nie poddał. Chwilę potem aktywowałem iluzję raz jeszcze. Zaraz potem poczułem jak wbija swój miecz w moje serce.
-Cho- ler- a. -Wysapałem czując jak krew wycieka z rany. Krzyknąłem z bólu kiedy wbił swoją rękę. Zdążyłem spojrzeć mu w oczy.

   Skrz- ywd- ź się. - Udało mi się. Wyciągnął swój miecz i odciął sobie ramię krzycząc. Dym opadł, a ja sam oparłem się na kosie. Dyszałem ciężko i patrzyłem się na niego z nienawiścią. Zerwał pierwszy rozkaz i złapał się za krwawiącą pozostałość ręki. Po chwili zaszarżował na mnie i znowu przebił mnie mieczem, tym razem w ramię. Znów wrzasnąłem z bólu i ku zaskoczeniu reszty przesunąłem się wbijając jego miecz głębiej. Wyciągnąłem swoją kosę i przeciąłem go butem zrzucając go z Klifu. Nie zdążyłem. Poczułem się słabo i upadłem. Jego ostrze nadal znajdowało się w moim ramieniu.

   -Z- a wa- s - Wysapałem cicho - Wszy -stkich. - Ciemność. Ból. A zaraz potem krzyki i szlochy.

-VERFRASSO! NIEEE! -Usłyszałem krzyk, znajomy głos? Jeremy?! Jak?!
-Verfrasso... Błagam nie odchodź... -To Bloody...
-Verfrasso, nie zostawiaj nas... - Ryo?...

Szarpnąłem i poczułem okropny ból.

-Jer- emy. Zastą- p mn- ie... Bła- g- am. -Powiedziałem i wciągnąłem powietrze. Mój ostatni oddech...

Ciemność.

•••••• KONIEC ••••••

piątek, 19 lutego 2016

Verfrasso i jego podróż do nieśmiertelności. cz.2 [P05]

Po nieprzespanej, z powodu szukania informacji o Aniołach, nocy Verfrasso wstał około godziny czternastej. Ubrał się i jak zwykle wyszedł ze swojej sypialni. Wszedł witając się z lokajem i przecierając oczy usiadł na swoim zwykłym miejscu w fotelu w salonie. Wyciągnął notatnik i zapisał w nim potrzebne dla siebie informacje.

1. Pamiętam miejsce gdzie spadłem z Klifu Śmierci. To było w Kanadzie. (Nie wiem dlaczego tam był Dumbledore, ale to już szczegół).
2. Muszę pozbierać kawałki mojej dawnej broni, jak wiem, nadal tam leżą, czuję to. 
3. Skrzydła mogę dostać tylko wtedy, kiedy zobaczę Tyraeal i Leanivie... Przynajmniej tak czytałem. 
4. Dowiedziałem się, że aktualnym Aniołem Życia jest jakiś Illorfen. Nie ważne, mam go poznać po czarnych i podniszczonych skrzydłach. Ciekawe. 

SPOTAKNIE 24:00 W TAMTYM MIEJSCU. 

-Jeremy! -Zawołałem do lokaja cierpliwie czekając, aż się zjawi. Po chwili pojawił się - Posłuchaj mnie teraz uważnie. -Westchnąłem i skierowałem wzrok na notatnik leżący na stole - Nie będzie mnie już w tym domu. Oddaję ci go. Wyjeżdżam i raczej tutaj nie wrócę. - Tu spojrzałem na zszokowanego lokaja i uśmiechnąłem się - Usunąłem wszystkie osobiste rzeczy i dom jest do twojej, jak i twojej rodziny, dyspozycji... Raczej nie będzie mi już potrzebny. - Odparłem spokojnie i podszedłem do kominka patrząc się w ogień. Po chwili lokaj rzucił się na mnie i przytulił mnie. Zdrętwiały poklepałem go po plecach - Nie rozmarz mi się tu. -Powiedziałem rozbawiony - Traktowałem cię jak brata przez długi czas wiem, ale nie klej mi się do nowego płaszcza proszę... - Westchnąłem i przytuliłem go zaraz potem, był ode mnie o całą głowę niższy.
-Będę tęsknić. -Odparł uśmiechając się.
-Za czym? Za nieznośnym panem, który wzywał cię, bo tak? Albo po to, aby ci zawrócić głowę? Nie masz za czym, Jeremy. Na prawdę. Ja już nie mam zamiaru wrócić. -Stwierdziłem i skinąłem mu na pożegnanie. Po chwili pojawiłem się w Kanadzie. Westchnąłem i ruszyłem ulicami miasta, aby odszukać wielki krater, który sam kiedyś spowodowałem. Szedłem tak rozglądając się po kolorowych wystawach i bogato zdobionych domach w centrum miasta, w którym się znajdowałem. Jak zawsze wpadłem w oko wielu kobietą i padłem ofiarą zazdrosnych spojrzeń mężczyzn. Westchnąłem i ruszyłem przed siebie nie patrząc na boki. Irytowały mnie ciekawskie spojrzenia, ale nie okazywałem tego. Skręciłem w alejkę pozwalającą wyjść z miasta i po godzinie wędrówki dotarłem do krateru. Skoczyłem w dół rzucając zaklęcie niwelujące upadek. Ten miał ze sto metrów wysokości a szeroki był jak na oko na dwadzieścia. Na podłożu emanowała blaskiem dziwna esencja, która po zbadaniu okazywała się esencją Aniołów. Odnalazłem części broni i złożyłem ją za pomocą reparo. Jednak wiedziałem, że będzie potrzebna do tego wyczuwalna Anielska Aura z tego, kto ją posiadał.

Po trzech godzinach zapadł zmrok a zaraz po tym, równo o dwudziestej czwartej zjawił się wyznaczony wcześniej Anioł. Był to zwykły Anielski Wojownik.
-Witaj Verfrasso. Dawno nikt z nas cię nie widział, myśleliśmy żeś umarł.
-Witam, Aniele. Nie znane mi twe imię, ale wiedz jednak, że żyję i mam się dobrze jak możesz zobaczyć. - Uśmiechnąłem się - A jak z portalem?
-Za chwilę powinien się aktywować. - Odparł - A, że wolno mi zapytać. Odnalazłeś swoją broń Nightmare Bite?
-Tak, leżała w szczątkach w kraterze, domyślam się, że będzie potrzebowała udowodnienia, że to ja. Powoli wspomnienia mi wracają i myślę, że przebywanie w Świętym Świecie przywróci mi skrzydła.
-Również tak uważam. - Zawahał się co było widoczne w jego ruchach - A... Czy pamiętasz o swojej zdolności?
-O czym mowa? -Odparłem szczerze zdziwiony.
-Twoje oczy. -Tutaj spojrzał na mnie niepewnie - Kiedyś potrafiłeś kontrolować wolną wolę człowieczą jak i Anielską oraz Demoniczną.
-Hm, szczerze odpowiem ci, ale nie pamiętam tego. Może kiedy wejdę do Złotej Sprawiedliwości przypomnę to sobie.
-Rozumiem. Portal już się aktywował, szybko zanim nas ktoś zobaczy. -Powiedział i wraz z nim weszliśmy do portalu. Poczułem się dość dziwnie, jakby coś wymagało się wypuszczenia po latach. Nagle z moich pleców wyrosły czarne, podniszczone skrzydła, z których spadały pióra. Moje oczy zabłysnęły starym światłem i krzyże zmieniły się na czarne. Moje ubranie zmieniło się w czarny płaszcz z kapturem nasuniętym na głowę, ale tak, aby widać było twarz. Moja broń - dotychczas zwykły czarny kijek zmienił się w potężną kosę. Dodatkowo zostały ukryte w rękawicach dwa, koso podobne sztylety. Fiolet w moich oczach zabłysnął i zmienił się w turkus, dodatkowo ze mnie zaczęła wydobywać się potężna aura również w kolorze turkusu. Skóra stała się biała i wyróżniała się na tle czarnych ubrań. Czarne trapery, które dotychczas nosiłem zmieniły się w czarne męskie kozaki. Na moich dłoniach, plecach, ramionach i piersi pojawiły się przeróżne tatuaże. We brwi, wargach typu snake bites i monroe oraz w jednym uchu trzy pojawiły się kolczyki. Pojawiły się czarne sygnety z onyksem i napis : L O S T    S O U L na palcach. Mój głos zmienił się na taki, jakby mówiło tysiąc dusz. Widziałem również dziwną czarną aurę na wszystkim, oraz mogłem zobaczyć dusze umarłych chodzące po niebie. Wzdrygnąłem się, ale po chwili przyzwyczaiłem się i popatrzyłem na efekty zmian. Anioł Wojownik, również zdziwił się i nawet tego nie ukrywał. Ruszyłem zostawiając go z tyłu, po chwili ocknął się na dźwięk kroków roznoszących się po srebrnej posadce. Moje wspomnienia wróciły i doskonale wszystko pamiętałem.  -Maelchar... - Pomyślałem - To on mnie próbował zabić.
Stanąłem w miejscu czekając aż ten wyjdzie przede mnie. Zaczął mnie prowadzić do Złotej Sprawiedliwości, gdzie czekali wszyscy ocalali. Pchnął złote drzwi ukryte dość dobrze w Wielkim Moście i przepuścił mnie. Po chwili wszedłem do środka. Stanąłem rozglądając się po twarzach wybitnie zdziwionych Aniołów.
-Mogliście lepiej ukryć te drzwi. To by było za łatwe. -Powiedziałem a mój głos rozniósł się echem po ścianach. Po chwili podeszli do mnie moi rodzice.
-Nie mogę w to uwierzyć. Verfrasso! Nie widzieliśmy cię ponad czternaście lat!
-No może dlatego, matko, że pewien parszywiec zepchnął mnie z Klifu Śmierci i myślał, że mnie zabije, ale jak widać nie udało mu się to. -Odparłem rozbawiony.
-Jak zawsze ironiczny i arogancki, takim cię zapamiętałam.
-Ha Ha Ha Ha Ha Ha. -Mruknąłem - A jaki mam być? Potulny jak owieczka? A może miękki i łagodny jak baranek, hę? -Powiedziałem i roześmiałem się przytulając dwójkę rodziców.
-Raczej czarny baranek. -Wciął się Tyrael uśmiechając się.
-Dobrze powiedziane, ale nie po to tu jestem. Idę zabić tego bydlaka i jak chcecie to chodźcie ze mną. -Powiedziałem dość głośno - Jak pamiętam wasza ostatnia motywacja i jedyna nadzieja uciekła jak zwykły tchórz! Zaraz potem zginęła a wy raczej nie chcielibyście podzielić jej losu! Do broni! -Zawołałem i wyleciałem w powietrze.


Verfrasso i jego podróż do nieśmiertelności cz.1 [P04]

   Wszedłem do domu i nawet nie witając się z lokajem ani z gośćmi popędziłem do biblioteki po drodze zmieniając kolor płaszcza na biały i zrzucając maskę oraz ubranie śmierciożercy. Płaszcz powiewał za mną i wbiegłem do biblioteki szukając jednego tomu. Pamiętałem, że dostałem go od ojca, który według wszystkich nie żył. Zacząłem szperać w półkach wyrzucając na podłogę inne tomy, aż wreszcie dostrzegłem białą książkę z dziwną bladoniebieską aurą i złotymi ozdobieniami. To musi być to. Sięgnąłem po nią i zamykając oczy położyłem dłoń na okładce. Po chwili otworzyłem je i poczułem jak dziwna moc wymyka się z książki. Wyczuła prawdziwego właściciela. To była ta książka, na którą skarżył się lokaj. Nie mógł jej nawet dotknąć i zakopał ją w bibliotece innymi tomiskami. Otworzyłem na stronie tytułowej i złotymi literami zostało napisane:

,,Dla Verfrasso, prawdziwego Anioła Śmierci. Od ojca Tyraela, Anioła Sprawiedliwości i matki Leneavi, Anioła Miłości" 

Pogładziłem złote litery i nagle przypomniałem sobie jedną rzecz. Przecież ja mieszkałem w Srebrnym Gmachu Sprawiedliwości Aniołów...

Nagle blady niebieski kolor zaciemnił mi wzrok i zmienił się w pierwsze wspomnienie. 
Ja sam w wieku około dziesięciu lat siedzący z księgą na kolanach. Po chwili podlatuje do mnie jakiś Anioł i rozmawia ze mną. Po chwili ten Anioł niespodziewanie mnie atakuje i knebluje po czym zabiera gdzieś ze sobą. Przemieściłem się w wspomnieniu i zobaczyłem go jak stoi na Anielskim Klifie, którym zwykle Anioły powracały do Srebrnego Gmachu Sprawiedliwości. Trzyma mnie za szyje jedną ręką a drugą szarpie za skrzydło. Moja twarz skrzywiła się z bólu, ale nie wydałem żadnego odgłosu. Po chwili dwójka Aniołów wlatuje na Klif i jeden z nich siłuje się z Aniołem. Ten obrywa dość boleśnie moje ostatnie skrzydło, co ugasza fioletowy blask w moich oczach i niweluje blask krzyży. Nadal unikając ataków Anioła wyrzuca mnie na ziemię przez Klif. Spadam, Spadam, Spadam... Powoli mój wygląd się zmienia i ląduję na ziemi w kraterze w podobnym kształcie co krzyż. Dookoła mnie jest krew Aniołów z moich własnych ran. Zauważam, że zemdlałem. Szczątki mojej broni leżą dookoła na ziemi. Po chwili przychodzi Albus Dumbledore. Wygląda na bardzo zdziwionego, ale zabiera mnie ze sobą po czym oddaje do sierocińca. Mówi coś do jednej z kobiet...

Poczułem ukłucie w sercu... Dlaczego mi o tym nie powiedział? I kim był ten zdrajca Aniołów? Przerzuciłem stronę i zobaczyłem pustą kartkę. Po długim namyśle biorę pióro i zapisuje.

Jestem Verfrasso. Udało mi się przeżyć. 

Złote litery nagle pojawiają się:
Verfrasso? 

Tak, to ja. Mogę znać, z kim piszę?

A więc jednak domyśliłeś się. Jestem Tyrael. Przeczytałeś pewnie napis na stronie tytułowej?

Ojcze?... Nie rozumiem jednej rzeczy.

Śmiało, Verfrasso.

Kim był ten Anioł?... Z mojego wspomnienia?

Nie szukaj zemsty, błagam cię Verfrasso. Lepiej zostań tam, gdzie jesteś. To niebezpieczne czasy dla Niebios.

Nie rozumiem... Co się stało? 

Opowiem ci, ale obiecaj mi, że tutaj nie przybędziesz. Nie chcę stracić mego syna....

Nie mogę nic obiecać, Ojcze. Ale obiecuję, że nie dam się zabić.

Dobrze, mam chociaż nadzieję, że nie stanie się nic, co by cię zabiło, ani zniszczyło. U nas w Srebrnej Iglicy i na Złotej Sprawiedliwości odegrały się starcia pomiędzy Aniołami. Ten zdrajca, który jest teraz Aniołem Śmierci, którym z natury oczywiście jesteś ty, Verfrasso. Kieruje całymi Niebiosami po przegranej bitwie. Wygrał i stał się Naczelnym Aniołem przez co ma kontrole na całej Igilicy jak i Gmachu. Złota Sprawiedliwość to ruch oporu przeciwko jego rządom. Chcemy obalić go i każdy ostrzy swoje bronie, aby zabić tego zdrajce... Nie możemy się poddać i niestety, tutaj potrzebny jesteś ty, Verfrasso. Potrzebujemy nowego władcy, który jest prawowitym Aniołem Śmierci. Potrzebujemy nowej motywacji, gdyż ta stara uciekła wraz z twoim odejściem... 

Potrzebuję pomocy, nie mam zielonego pojęcia jak się do was dostać. Jak pamiętam ten parszywiec wyrwał mi skrzydła... A to ciekawe, że ci tutaj usprawiedliwili to jako upadek z drzewa! Śmieszne, do prawdy... 

Wyślemy do ciebie jednego z mojego wojska. Zabierze cię portalem do Świata Świętości.

Nie mogę się doczekać, Ojcze. Wierzę, że wiecie, gdzie mnie znaleźć? 

Ależ oczywiście, Synu. Jesteś w Monako przy kamiennej plaży w dużej willi. 

A kiedy mogę się go spodziewać?

Jutro w nocy. Ufam, że dasz sobie radę, ale pamiętaj, że to jest wojna...

U nas też jest wojna, Ojcze. Na śmierć i życie. Chociaż Lord Voldemort już odszedł z tego świata, wiem, że powróci. On nigdy nie był na tyle słaby a ja byłem na tyle głupi, aby mu uwierzyć. Nigdy nie popełnię tego samego błędu. Nigdy.

Wierzę ci. Przekaże Leanivii, twojej matce.

Dziękuję, Ojcze. 

Do zobaczenia, Synu.

Do zobaczenia. Ufam, żeście w dobrej kondycji i zdrowiu.

Westchnąłem i przetarłem oczy. Męczące rozdziały zostały otwarte i jak najszybciej muszę się dowiedzieć więcej o Aniołach i o tym jak przywrócić Anielską Moc.
-To będzie długa noc. -Mruknąłem.

   

Verfrasso. Kto to jest? I Kim jest? [P03]

   Z daleka słyszałem ciche szepty i czułem okropny ból w boku. Próbowałem się przewrócić na drugi bok aby nie patrzeć w ścianę, ale jak się okazało nie miałem na to siły.
-Co się mu stało? -Usłyszałem nieznany mi głos.
-Nie wiem, znalazłem go w jego sypialni, zdążył wysłać Patronusa. -Kolejny głos, tym razem mojego lokaja - Jak sądzisz, co mu jest?
-Sądzę, że to krew Aniołów. - Widziałem jak zza mgły jego zaskoczoną twarz - Wiem, że to niemożliwe, gdyż każdy Anioł jest wybierany przez Sąd Niebios. Jak widzę to jest krew Anioła Życia. Ale jak wiadomo, jest już jeden i nie zmienia się go do jego śmierci. - Odparł.
-Nie rozumiem. - Zszokowany głos i lekkie odrętwienie na jego twarzy odznaczały się na tym potulnym zwykle chłopaku.
-Ja też nie, Jeremy. Ja też nie. - Westchnięcie i postanowiłem wkroczyć.
Cicho syknąłem z bólu udając, że nic nie słyszałem i usiadłem na czymś, na czym leżałem. Złapałem się odruchowo za głowę.
-Co się tu stało?... - Odparłem próbując utrzymać ton na moim zwykłym - I gdzie jestem? -Omiotłem spojrzeniem salę i dopiero teraz zauważyłem, że jestem w Świętym Mungo. Szlag! 
-Spokojnie, ma pan uszkodzone lewe ramię. Proszę pozwo... -
-Nie. -Odparłem spokojnie, a ten popatrzył się na mnie zdziwiony - Nie ma takiej potrzeby, jak dotąd sam leczyłem swoje rany i zawsze dawałem sobie radę. - Stwierdziłem patrząc mu prosto w oczy i zeskoczyłem z łoża szpitalnego. Następnie ignorując spojrzenia na mnie odwróciłem się z szelestem szat znikając z świstem powietrza. Pojawiłem się w mojej rezydencji i skierowałem się do swojej sypialni. Nie potrzebowałem litości, jedynie spokoju. Zrzuciłem z siebie pokryty szkarłatem biały płaszcz i rzuciłem się na łóżko. Jak zwykle prawie utonąłem w pościeli, która była okropnie miękka. Westchnąłem zrezygnowany i przewróciłem się na lewy bok w kierunku ściany.

Światło księżyca odznaczało się na jego bladej skórze. Fioletowe oczy błyszczały tajemniczo i widoczny był w nich lekki zarys krzyży. Ładny trochę długi nos i smukłe policzki oraz wyraziste kości policzkowe sprawiały wrażenie idealnie zadbanych, co nie było prawdą. Verfrasso nie robił nic w tym kierunku i tak już wyglądał. Jego krótkie czarne włosy z zaczesaną grzywką zmierzchwiły się trochę kiedy obrócił się w pościeli. Był bardzo wysoki i chudy, jego tajemnicza i smukła sylwetka oraz płynność i elegancja ruchów sprawiały, że nie mógł się odgonić od grupek dziewczyn. Zwykle szlam i odmieńców, które go w ogóle nie interesowały. A przynajmniej musiało tak być ze względu na Lorda. Miał dwadzieścia dwa lata i od lat Hogwartu zaprzyjaźnił się z Severusem Snapem, Lucjuszem Malfoyem, Rokwoodem oraz Averym. Ta trójka oprócz Snape'a przeciągnęła go na stronę ciemności. Pod licznymi listami i obelgami z ich strony po całych dwóch latach od opuszczenia Hogwartu zgodził się. A teraz jeszcze Severus... Wiedział, że musi porozmawiać z Sylvestrem na ten temat i spróbować się jakoś dogadać. Niestety to będzie trudne, gdyż ten wiele razy próbował zmieniać jego wybory i decyzje aż w końcu doszło do bójki, z której Verfrasso musiał się wycofać. Przez sen szarpnął lekko dłonią, co odsłoniło wyróżniający się w bieli Mroczny Znak. Tak, niestety, ale to również ma bardzo długą i mroczną historię. Aktualnie trwała wojna i prawie codziennie wzywani byli do Malfoy Manor, aby uknuć nowy plan albo rozwalić nowe mugolskie miasta. Chcieli siać śmierć i zastraszać ich, aby Biała strona próbowała im pomóc. Takie pułapki były baaardzo często używane wśród śmierciożerców. Przewrócił się na prawą stronę i widać było jego spokojną twarz. Mimo wszystko pod nią działa się prawdziwa wojna myśli i tego, co powinien a czego nie powinien robić. Wszystko ma swoją przeszłość, czyż nie?

Sapnął zirytowany i przewrócił się na bok. Był ranek i słońce świeciło mu prosto w oczy. Mruknął z niesmakiem i wyszedł z łóżka ubierając płaszcz. Nie czekając aż lokaj zjawi się ze śniadaniem zostawił krótką notkę wyjaśniającą jego nieobecność i deportował się.

Po chwili stał na kamiennym gruncie rozglądając się dookoła. Wyszeptał zaklęcie i ruszył za swoim Patronusem, który prowadził go do Domu Snape'a. Ruszył szybkim krokiem nie odwracając się gdy usłyszał jakiś szelest. Naciągnął na twarz kaptur i schował się w cieniu nakrycia głowy. Wędrował tak jeszcze chwilę kiedy wyczuł zaklęcia antydeportacyjne. Uśmiechnął się pod nosem i przeszedł przez nie wyciągając różdżkę. Wiedział, że Sylvester uwielbia mieć wszelakiego rodzaju ochronę. Westchnął kiedy usłyszał zwykły mugolski alarm przeciw włamaniowy. Miał ochotę wybuchnąć śmiechem i się już nie kontrolować, ale nie było na to czasu. Wspiął się po wysuniętych cegłach domu i wszedł przez okno do pokoju, który za pewne był salonem. Zobaczył postać siedzącą w fotelu, która nagle zerwała się z różdżką w pogotowiu. Pokręcił głową i odebrał mu różdżkę jednym celnym zaklęciem.
-Wypadasz z formy Sylvestrze. -Odparł spokojnie bawiąc się jego różdżką pomiędzy palcami. Ściągnął kaptur i uśmiechnął się kontynuując zabawę - Jednak jestem w innej sprawie.
-Słuchaj ty! Najpierw włamujesz się do mnie a potem chcesz jeszcze coś ode mnie?! Verfrasso! Nie do wiary! Zawsze taki kulturalny... -Mruknął.
-Nie wyolbrzymiaj. - Parsknął - Nie nazwał bym tego domem, ale jak chcesz. - Westchnął i spojrzał prosto w czarne oczy ciskające błyskawice i podesłał mu jedno wspomnienie. Te zamgliły się i widział w nich odbicie wspomnienia, które wybrał.

On sam podchodzi do zakapturzonej postaci i wyczuwa dziwną aurę. Odsłania mu kaptur i przez chwilę nie ukrywa szoku z widoku Severusa. Po chwili według rozkazu Czarnego Pana został zmuszony spaczyć Czarną Magią jego duszę i różdżkę. Oczy Snape'a zmieniają się na całkowicie czarne i puste. Część duszy została oddana w ofierze Czarnej Magii. Po chwili staję na swoim miejscu i Lord dokańcza rytuał. Po chwili podchodzi do mnie i przegląda moje wspomnienia. Zaraz potem każe Snape'owi testować swoje zaklęcia na nim. Skrzywił się w duchu, ale posłusznie wyszedł na środek upuszczając różdżkę, aby nie móc się bronić przez refleks. Po chwili obrywa salwą zaklęć, ale nadal nie okazuje emocji. Zmusił się do używania oklumencji, aby blokować ból.

Po chwili wypchnąłem go z wspomnienia i popatrzyłem na niego groźnie.
-Co... Nie... Nie możliwe. -Powiedział szczerze nie dowierzając.
-Jak widzisz jest możliwe. A teraz gadaj, dlaczego do cholery ciężkiej nie próbowałeś go zatrzymać?! Myślałem, że ci na nim zależy, skoro jesteś jego bratem. -Odparłem i rzuciłem mu różdżkę wyskakując przez okno, po to, by wypaść z okna z gracją lądując na ziemi. Szybkim krokiem pokonał odległość dzielącą go od punktu aportacyjnego i zniknął ze świstem powietrza.

Kolejne dwa lata później. 

Siedziałem na swoim zwykłym miejscu po lewej stronie Czarnego Pana. Przybyłem jako jeden z pierwszych i po wysłuchaniu Lorda usiadłem na zwykłym miejscu. Po chwili zjawił się Severus i uklęknął przed nim.
-Wstań Severusie i zajmij swoje miejsce. -Odparł zimnym sykiem a tamten bez słowa spełnił polecenie. Po dłuższym czasie zjawiła się reszta śmierciożerców, a Czarny Pan zapytał Snape'a.
-Severusie, czy zdobyłeś jakieś nowe informacje od starego Dumbledore? - To nazwisko wymówił z taką pogardą, jakby był on czymś obrzydliwym i nieznośnym.
-Tak, Panie. Została ogłoszona przepowiednia, że chłopiec urodzony pod koniec lipca przyniesie śmierć Czarnemu Panu. Oczywiście ja w to nie wierzę i wierzę w potęgę mego Pana. -Odparł.
-Chłopiec urodzony pod koniec lipca... Hmm... - Zaczął chodzić dookoła pokoju przechodząc za śmierciożercami, którzy oglądali się nerwowo - Lily Potter miała urodzić pod koniec lipca... -Odwrócił się w stronę Severusa, którego zamurowało - Czyż nie, Severusie?
-Tak, Panie. -Odpowiedział a w jego głosie wyczułem złość, żal, smutek i ból. Czy on coś do niej czuł? Odwróciłem na niego wzrok i zauważyłem w jego oczach dziwne uczucie, które chwilę później zmieniło się w obojętną maskę. Nagle Czarny Pan odezwał się do mnie:
-A co do ciebie, Verfrasso. Ostatnio wyczuwam dziwną aurę wokół ciebie. -Tu podszedł do mnie i podniósł mój podbródek, abym na niego patrzył - Czy wiesz, co to jest?
-Tak, Panie. Ostatnio mój lokaj wraz z kimś jeszcze uznali, że... Że to może oznaczać, że jestem aniołem. -Odparłem patrząc nadal w jego oczy. Czarny Pan westchnął i puścił mój podbródek.
-Co, niestety, oznacza, że jesteś dobrą i czystą postacią. - Podszedł do kominka stojąc tyłem - Co również wyrzuca cię z grona śmierciożerców, Verfrasso.
-Rozumiem.
-Musisz złożyć Wieczystą Przysięgę, że nie opowiesz nikomu o planach, a jedynie zataisz je dla siebie. - Powiedział z wyraźnym sykiem.
-Oczywiście. -Powiedziałem i podszedłem do Czarnego Pana, jak się okazało Severus rzucał płomyki wiążące Wieczystą Przysięgę. Chwilę potem opuściłem tamto miejsce deportując się do swojej rezydencji w Monako. Ogromnie się cieszyłem wreszcie będę mógł zrobić to, co chciałem bardzo dawno temu już zrobić!