Wena nadal na tych terenach, może wreszcie zgodzi się wyprowadzić na te właściwe. :)
♦•♦•♦•♦
-Paniczu Verfrasso! -Krzyknął ktoś do mnie kiedy wyciągnąłem głowę z srebrzystych myśli - Panicz nadal przegląda te wspomnienia? -Zapytał mnie lokaj, ale nic nie odpowiedziałem odwracając się do okna. Gdzie oni teraz mogą być? Dlaczego ode mnie odeszli? Przecież wszystko mogło być tak pięknie. Poczułem jak ktoś szarpie mnie za rękaw płaszcza i delikatnie potrząsa. Dopiero to sprowadziło mnie na ziemię wprawiając w zakłopotanie.
-Paniczu Verfrasso! Czy panicz nas w ogóle słucha? -Zapytał poddenerwowany lokaj i widząc zmartwione miny reszty biznesmenów Odparłem:
-Przepraszam, was, niezmiernie, ale ostatnio mam bardzo mało czasu dla siebie, moglibyście powtórzyć to, o czym mówiliście?
-Ależ naturalnie, Panie Lovegood. No więc myśleliśmy o podboju jednej z mafii. Jej przywódca to Rita Carmen Bloody. - Kiedy to mówił lampka wina, którą trzymałem z brzdękiem roztrzaskała się na podłodze. Odrętwiałem i nawet nie zwróciłem uwagi na to, że poraniłem swoje ręce.
-Nie. -Powiedziałem cicho, a widząc ich zdziwione miny dodałem:
-Nie ma takiej opcji. Przepraszam panów, ale to chyba na tym koniec. Muszę odpocząć. -Powiedziałem i machnięciem ręki szklanka złożyła się i przyleciała na stolik a wino zniknęło. Następnie odszedłem od okna i nic więcej nie mówiąc poszedłem do swojego pokoju rzucając po drodze:
-Odprowadź naszych gości do drzwi i nie pozwól nikomu wejść bez mojego pozwolenia.
Lokaj ukłonił się i po chwili znikał za drzwiami prowadzącymi do holu rezydencji. Ja tym czasem skierowałem się ciemnymi korytarzami z wieloma skrętami i schodami do mojej sypialni. Miałem ich kilka oraz kilkanaście bawialni, barów, salonów, jadalni, kuchni, łazienek oraz balkonów i ogrodów dachowych. Dodatkowo posiadałem kilkanaście mafii, z których dochody były bardzo wysokie. Pchnął bogato zdobione, białe drzwi i wszedł do środka siadając w fotelu.
-Odprowadź naszych gości do drzwi i nie pozwól nikomu wejść bez mojego pozwolenia.
Lokaj ukłonił się i po chwili znikał za drzwiami prowadzącymi do holu rezydencji. Ja tym czasem skierowałem się ciemnymi korytarzami z wieloma skrętami i schodami do mojej sypialni. Miałem ich kilka oraz kilkanaście bawialni, barów, salonów, jadalni, kuchni, łazienek oraz balkonów i ogrodów dachowych. Dodatkowo posiadałem kilkanaście mafii, z których dochody były bardzo wysokie. Pchnął bogato zdobione, białe drzwi i wszedł do środka siadając w fotelu.
Tak jak się domyślałem wezwanie było zaraz po zmroku. Sapnąłem z irytacją i przywołałem szaty śmierciożercy. Wyciągnąłem je na siebie i różdżką dotknąłem Znaku zamieniając się w czarną mgłę mknącą do celu. Po chwili wyszedłem z kłębu czarnego dymu i ruszyłem szybkim krokiem przed siebie. Żwir zgrzytał pod moimi stopami i po chwili usłyszałem kilka głosów i kroki innych. Nie czekając na nich przeszedłem dalej i otworzyłem bramę idąc dalej pokrytą żwirem alejką. Krzewy róż i inne kwiaty rosły przy niej, ale nie zwracałem na nie uwagi kierując się prosto do drzwi Malfoy Manor. Pchnąłem je i ruszyłem przez labirynt korytarzy do salonu, gdzie uklęknąłem nisko czekając na przyzwolenie.
-Verfrassso. Jak miło, usiądź proszę. -Wstałem z klęczek i ruszyłem siadając na wskazanym miejscu. Tak jak kilku innych śmierciożerców spuściłem wzrok na nieskazitelny blat stołu zastanawiając się nad tematem tego zebrania. W cieniu zobaczyłem zakapturzoną postać, Czyżby jakiś nowy? Ostatnio coraz rzadziej ktokolwiek do nich dołączał. Większość była ścigana przez wyrzutki z dobrej strony. W końcu trwała wojna.
Kiedy wszyscy przybyli Czarny Pan odezwał się:
-Witajcie Bracia i Siostry. Dzisiaj powitamy nowego członka naszego sprzymierzenia. Podejdź proszę. -Zwrócił się do postaci - Verfrasso, zechciałbyś być jego mentorem?
-Z przyjemnością Panie. Cokolwiek byleby uczynić cię szczęśliwym. -Powiedziałem skłaniając się i podchodząc do nich. Zauważyłem kątem oka, że Bellatriks przygląda mi się z zazdrością. Podszedłem do postaci i zsunąłem kaptur z jego głowy. Ukazała się twarz młodzieńca, może siedemnastoletniego, miał czarne oczy i włosy i pełne determinacji i żądzy spojrzenie. Westchnąłem w duchu i Czarny Pan oznajmił:
-Powitajcie w naszym gronie Severusa Snape, który zechciał do nas dołączyć. - Przez sekundę na mojej twarzy malowało się czyste zdumienie, ale szybko zmieniłem je na obojętność - Verfrasso, bracie, proszę abyś uczynił ten honor.
-Severusie wyciągnij różdżkę. -Powiedziałem pustym głosem, a ten posłusznie uczynił to. Zacząłem szeptać Czarnomagiczne klątwy, które spaczały ją i jego duszę. Po chwili Voldemort kiwnął głową, ukłoniłem się nisko i odszedłem na swoje miejsce. Czarny Pan dokończył rytuał i Snape usiadł obok swojego mentora. Męczyłem się w myślach aby nie wrzasnąć typowego 'COŚ TY DO CHOLERY JASNEJ ZROBIŁ?! TOTALNIE OSZALAŁEŚ?!'. Voldemort zauważył moją nagłą zmianę w wyrazie twarzy, podszedł do mnie i zapytał:
-Verfrasso, czy coś się stało, że wyglądasz na niezbyt zadowolonego? Czyżby nowy kandydat ci nie odpowiadał?
Mechanicznie uklęknąłem przed nim i ze spuszczoną głową odpowiedziałem:
-Nie o to chodzi, Panie. Po całym dniu przebywania z obrońcami szlam i odmieńców jestem zmęczony. A co do nowego Brata, jestem dumny z wyboru mojego przyjaciela. -Odpowiedziałem i popatrzyłem w oczy Czarnemu Panu. Poczułem jak przegląda w moich myślach i wspomnieniach z dzisiaj.
-Verfrasso, czy coś się stało, że wyglądasz na niezbyt zadowolonego? Czyżby nowy kandydat ci nie odpowiadał?
Mechanicznie uklęknąłem przed nim i ze spuszczoną głową odpowiedziałem:
-Nie o to chodzi, Panie. Po całym dniu przebywania z obrońcami szlam i odmieńców jestem zmęczony. A co do nowego Brata, jestem dumny z wyboru mojego przyjaciela. -Odpowiedziałem i popatrzyłem w oczy Czarnemu Panu. Poczułem jak przegląda w moich myślach i wspomnieniach z dzisiaj.
~Ja sam w fotelu kiwając wolno głową i popijając dosyć drogiego wina. Odpowiedziałem coś i uśmiechnąłem się drwiąco.
~Znowu ja z widocznym cieniem dezaprobaty na twarzy. Patrzę na szlamowatego czarodzieja udając szacunek.
~Ja w Ministerstwie Magii podpisujący jakieś papiery uśmiechając się łobuzersko do jakiejś kobiety, która spłonęła czerwienią na ten widok.
~Stoje tyłem do stołu z pięcioma osobami i patrzę za okno. Po chwili upuszczam lampkę wina, która roztrzaskuje się z trzaskiem raniąc moje ręce.
Poczułem jak wychodzi z mojego umysłu i kiwa głową. Wstaję i ponownie staje na moim miejscu w kręgu lekko schylając głowę. Czarny Pan skinął do Glizdogona a ten podszedł do niego. Ten dotknął jego Mrocznego Znaku przyzywając Zewnętrzny Krąg. Zapowiadało się długie zebranie. Zauważyłem jak kilku śmierciożerców niezauważalnie przewraca oczami. Uśmiechnąłem się pod maską. Przynajmniej tego nie widać, ciekawe co zrobi Czarny Pan? Może umili sobie czas oczekiwania? Spojrzałem w tamtym kierunku i niemal od razu odwróciłem wzrok.
Po długim zebraniu, na którym Voldemort kazał Snape'owi testować na mnie zaklęcia wracałem cały obolały i z ogromnymi, krwawiącymi ranami do siebie. Trochę chwiejnym krokiem wraz z innymi śmierciożercami ruszyłem do bramy Malfoyów. Wiedziałem, że nie mogę uleczyć tych ran dopóki jestem w zasięgu wzroku i słuchu Czarnego Pana. Kiedy tylko wyszedłem za bramę aportowałem się do rezydencji. Z głośnym jękiem znalazłem się w swojej sypialni. Zachwiałem się i upadłem na biały dywan, który chwilę później pokrył się szkarłatem.
Po długim zebraniu, na którym Voldemort kazał Snape'owi testować na mnie zaklęcia wracałem cały obolały i z ogromnymi, krwawiącymi ranami do siebie. Trochę chwiejnym krokiem wraz z innymi śmierciożercami ruszyłem do bramy Malfoyów. Wiedziałem, że nie mogę uleczyć tych ran dopóki jestem w zasięgu wzroku i słuchu Czarnego Pana. Kiedy tylko wyszedłem za bramę aportowałem się do rezydencji. Z głośnym jękiem znalazłem się w swojej sypialni. Zachwiałem się i upadłem na biały dywan, który chwilę później pokrył się szkarłatem.
-Accio lustro. -Pomyślałem i chwilę później patrzyłem na swoją twarz wykrzywioną w bólu. Zauważyłem dziwny, ledwo dostrzegalny zarys krzyży w moich oczach. Przez chwilę mignęły mi szare skrzydła i dziwny kaptur przed oczyma. Patrzyłem otępiały jeszcze przez moment i poczułem się słaby. Zdążyłem zmienić tylko ubrania i wysłać Patronusa. Po chwili zemdlałem z wyczerpania i za dużej ilości straconej krwi.
Oho, ciekawe. Zaczyna się... coś... a co przekonam się za chwilkę.
OdpowiedzUsuń